piątek, 2 maja 2008
mewa ze złamanym skrzydłem
Mewy powinny latać... Mewy powinny tańczyć z wiatrem... Mewy powinny upiększać bielą błękit nieba i morza... Mewa powinna tylko odpoczywać na skałach... Nie powinna smutnie po tych skałach wędrować i tęsknie spoglądać na morze... Czy jeszcze zbiorę siły, by znow zatańczyć z wiatrem?? Czy wiatr okaże się przyjazny? Czy znajdę w sobie odwagę? Raz jeszcze...
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
cztery w jednym
Nie było czasu, aby pisać, a przeciez myśli nie przestają krążyć, a przecież wydarzenia biegną własnym rytmem...
1. Wiosenna intensywność. Wiem, wiem - można mieć wątpliwości czy to, co za oknem można nawać wiosną w nowoczesnym tego slowa znaczeniu. W nowoczesnym, czyli obarczonym efektem cieplarnianym... A ta wiosna taka prawie staroświecka: czasem słoneczna, czasem deszczowa... Tylko jak tu pogodzić się ze staroświecka wiosną, gdy styczeń był niemal letni? Tak czy inaczej wszytsko kwitnie. Przed moim oknem mam zółte forsycje, białe śliwy i fioletowe jabłuszka... Pieknie jest. Jak to dobrze, że uniwerystet dba o zielone otoczenie. Kilka dni temu wracałam do domu obok tych wszytskich drzewek i krzewów. Po deszczu było. I ciepło było. I poczułam tę wiosenną intensywność - ciężką, przytłaczającą niemal przytłaczającą woń...
2. Urzędnicza rzeczywistość. Toruński urząd pracy został zreorganizowany. Ma być łatwiej i szybciej - "urząd przyjazny petentowi". Wyszło jak zwykle. W ramach tego "szybciej" dwukrotnie musiałam stać w godzinnej (dosłownie) kolejce, choć pracownicy w innych okienkach nudzili się niemal śmiertelnie. Ale przejść nie można, bo okienka są alfabetyczne...
Chciano też zmusić - jak podejrzewam - stałych bywalców urzędu do sprawdzania ofert pracy. Zatem w okienku, gdzie się podpisuje gotowość do podjecia pracy, sprawdza się też aktualne oferty. Pic na wodę i statystyka, ale robi się coś dla osób bezrobotnych. A kolejka się wydłuza, bo sprawdzanie ofert stało się - chyba - obowiązkowe.
Jestem świadoma, ze PUP-y niewiele mogą, ze nie mają wielkiego pola manewru i brak spadku bezrobocia to nie jest winą działalności tej insytucja. A przynajmniej nie tylko. Ale jeśli już się coś reorganizuje, to chyba po to, by działało lepiej... Widocznie się mylę.
3. 112/997 W nocy z soboty na niedzielę przyśniło mi się, że ktoś krzyczy. Nie był to pojedynczy głos, ale wrzaski jakiejś grupy. Po chwili okazalo się jednak, że krzyki były jak najbardziej realne i tylko do snu zbłądziły. Wyjrzałam przez okno, by zobaczyć co się dzieje. A na zewnątrz grupka młodych, pijanych ludzi... Jeden z chlopców próbował złapać dziewczynę, ta mu się wyrywała. Inny chłopak stawał w obronie napastowanej (?) głośno i z rękoczynami... Zapowiadało się nieciekawie. Dziewczyna bardzo głośna groziła, że zadzwoni na policję, ale nie dzwoniła. Postanowiłam zadzwonić ja. Ze stacjonarnego telefonu wkręciłam 997 i natychmiast zostałam połączona z komendą miejską policji w Toruniu. Taką automatyczną informację wysłuchałam i zaczęłam czekać na złoszenie dyżurnego... Czekałam długo, słuchając wolnych sygnałów... Rozłaczyłam się, by spróbować drugi raz... Ta sama sytuacja... Oczywiście obudziłam rodziców, którzy wstali i zaczęli obserwować krzyczącą grupkę. Rozłączyłam się i z komórki wybrałam 112. Podobno system nie działa, ale połączyłam się z komendą miejską policji w Toruniu (a tym razem to chyba nawet straż bym wolała albo pogotowie) i znowu czekałam długo i cierpliwie. Cała sytuacja trwała około 10 minut. W tym czasie młodzież zdążyła się rozejść, a przynajmniej na grupki pdozielić... Zastanawiam się, co by było gdyby to nie była tylko szczeniacka awantura... Być może o gdzinie 4 rano policja ma dziesiątki zgłoszeń, ale wówczas miły głos automatu powinien poinformować, ze w danej chwili przyjęcie zgłoszenia nie jest mozliwe. Ale moze ja za wiele wymagam??
4. Rozstania. Czasem się zdarzają... Czasem decyzja o rozstaniu jest najrozsądniejsza, ale to i tak zawsze boli. Nawet jeśli to najlepsza (pod każdym względem) decyzja...
5. A jednak będzie pięć w jednym. Nie lubię kiedy znika mi pół zdania, a czasem dwa, gdy próbuję wpisać literkę "ż" (ooo, tym razem się udało!!). Nie lubię nie umieć formatować swoich wpisów. Pod tym względem blogger.com nie jest przyjazny...
1. Wiosenna intensywność. Wiem, wiem - można mieć wątpliwości czy to, co za oknem można nawać wiosną w nowoczesnym tego slowa znaczeniu. W nowoczesnym, czyli obarczonym efektem cieplarnianym... A ta wiosna taka prawie staroświecka: czasem słoneczna, czasem deszczowa... Tylko jak tu pogodzić się ze staroświecka wiosną, gdy styczeń był niemal letni? Tak czy inaczej wszytsko kwitnie. Przed moim oknem mam zółte forsycje, białe śliwy i fioletowe jabłuszka... Pieknie jest. Jak to dobrze, że uniwerystet dba o zielone otoczenie. Kilka dni temu wracałam do domu obok tych wszytskich drzewek i krzewów. Po deszczu było. I ciepło było. I poczułam tę wiosenną intensywność - ciężką, przytłaczającą niemal przytłaczającą woń...
2. Urzędnicza rzeczywistość. Toruński urząd pracy został zreorganizowany. Ma być łatwiej i szybciej - "urząd przyjazny petentowi". Wyszło jak zwykle. W ramach tego "szybciej" dwukrotnie musiałam stać w godzinnej (dosłownie) kolejce, choć pracownicy w innych okienkach nudzili się niemal śmiertelnie. Ale przejść nie można, bo okienka są alfabetyczne...
Chciano też zmusić - jak podejrzewam - stałych bywalców urzędu do sprawdzania ofert pracy. Zatem w okienku, gdzie się podpisuje gotowość do podjecia pracy, sprawdza się też aktualne oferty. Pic na wodę i statystyka, ale robi się coś dla osób bezrobotnych. A kolejka się wydłuza, bo sprawdzanie ofert stało się - chyba - obowiązkowe.
Jestem świadoma, ze PUP-y niewiele mogą, ze nie mają wielkiego pola manewru i brak spadku bezrobocia to nie jest winą działalności tej insytucja. A przynajmniej nie tylko. Ale jeśli już się coś reorganizuje, to chyba po to, by działało lepiej... Widocznie się mylę.
3. 112/997 W nocy z soboty na niedzielę przyśniło mi się, że ktoś krzyczy. Nie był to pojedynczy głos, ale wrzaski jakiejś grupy. Po chwili okazalo się jednak, że krzyki były jak najbardziej realne i tylko do snu zbłądziły. Wyjrzałam przez okno, by zobaczyć co się dzieje. A na zewnątrz grupka młodych, pijanych ludzi... Jeden z chlopców próbował złapać dziewczynę, ta mu się wyrywała. Inny chłopak stawał w obronie napastowanej (?) głośno i z rękoczynami... Zapowiadało się nieciekawie. Dziewczyna bardzo głośna groziła, że zadzwoni na policję, ale nie dzwoniła. Postanowiłam zadzwonić ja. Ze stacjonarnego telefonu wkręciłam 997 i natychmiast zostałam połączona z komendą miejską policji w Toruniu. Taką automatyczną informację wysłuchałam i zaczęłam czekać na złoszenie dyżurnego... Czekałam długo, słuchając wolnych sygnałów... Rozłaczyłam się, by spróbować drugi raz... Ta sama sytuacja... Oczywiście obudziłam rodziców, którzy wstali i zaczęli obserwować krzyczącą grupkę. Rozłączyłam się i z komórki wybrałam 112. Podobno system nie działa, ale połączyłam się z komendą miejską policji w Toruniu (a tym razem to chyba nawet straż bym wolała albo pogotowie) i znowu czekałam długo i cierpliwie. Cała sytuacja trwała około 10 minut. W tym czasie młodzież zdążyła się rozejść, a przynajmniej na grupki pdozielić... Zastanawiam się, co by było gdyby to nie była tylko szczeniacka awantura... Być może o gdzinie 4 rano policja ma dziesiątki zgłoszeń, ale wówczas miły głos automatu powinien poinformować, ze w danej chwili przyjęcie zgłoszenia nie jest mozliwe. Ale moze ja za wiele wymagam??
4. Rozstania. Czasem się zdarzają... Czasem decyzja o rozstaniu jest najrozsądniejsza, ale to i tak zawsze boli. Nawet jeśli to najlepsza (pod każdym względem) decyzja...
5. A jednak będzie pięć w jednym. Nie lubię kiedy znika mi pół zdania, a czasem dwa, gdy próbuję wpisać literkę "ż" (ooo, tym razem się udało!!). Nie lubię nie umieć formatować swoich wpisów. Pod tym względem blogger.com nie jest przyjazny...
środa, 16 kwietnia 2008
Pamięć
Pamięć o przodkach i o tradycji. Pamięć pierwszych zabaw. Pamięć pierwszych smaków i zapachów. Pamięć o pierwszej miłości. Pamięć o pierwszym rozaczarowaniu. I o wszystkich następnych. Pamięć o sukcesach i porażkach. Pamięć o przyjaciół i ich pamięć.
Pamietam... i pamiętać będę... czy to zaśmiecanie umysłu?
Pamietam... i pamiętać będę... czy to zaśmiecanie umysłu?
środa, 9 kwietnia 2008
zjeść ciastko i mieć ciastko
Zjeść ciastko a jednak mieć ciastko.
Napisać wszystko a jednak nie napisać nic.
Pracować a jednak mieć mnóstwo wolnego czasu.
Nie pracować a jednak mieć pieniądze.
Umrzeć a jednak żyć.
Grzeszyć a jednak być niewinną.
Znać a jednak nie znać.
Uśmiechać się a jednak być smutnym.
Odejść a jednak trwać.
Być bezsilnym a jednak działać.
Napisać wszystko a jednak nie napisać nic.
Pracować a jednak mieć mnóstwo wolnego czasu.
Nie pracować a jednak mieć pieniądze.
Umrzeć a jednak żyć.
Grzeszyć a jednak być niewinną.
Znać a jednak nie znać.
Uśmiechać się a jednak być smutnym.
Odejść a jednak trwać.
Być bezsilnym a jednak działać.
to już miesiąc?? to już miesiąc!!
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc od ostatniego wpisu. Muszę się na nowo nauczyć funkcjonować w sytuacji bycia pracownicą... Muszę się nauczyć na nowo organizować czas. Musi go wystarczyć na spotkania ze znajomymi, na zabawę z Maleńką, na odpisywanie na listy, na współpracę z panem "Nieuczesanym" i prawdopodobnie kilka innych ważnych spraw...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc bycia w pracy... Zabawne jest to, że jeszcze nie jestem zatrudniona a już pracuję za dużo :-) Miesiąc uczenia się i ciągłych zaskoczeń. Najnowszym jest polecenie przeprowadzenia rekrutacji - tak od początku do końca... Jeszcze nie tak dawno dałabym wiele, aby na rozmowę być zaproszona, a teraz to ja będę zapraszać... Ba, nie tylko zapraszać, ale i przeprowadzać rozmowy, rekomendować kandydatów pracodawcy...
To duża odpowiedzialność. Tym bardziej, że będę się uczyć na żywych organizmach...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc gdy chciałam tyle powiedzieć, by jednocześnie to wszystko ukryć...
Może to lepiej, że braklo czasu/siły na pisanie?? Choć ten blog powstał także po to, aby dzięki pisaniu poukładać sobie niektóre sprawy w głowie... Aby nabrać dystansu choć troszeczkę...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc bycia w pracy... Zabawne jest to, że jeszcze nie jestem zatrudniona a już pracuję za dużo :-) Miesiąc uczenia się i ciągłych zaskoczeń. Najnowszym jest polecenie przeprowadzenia rekrutacji - tak od początku do końca... Jeszcze nie tak dawno dałabym wiele, aby na rozmowę być zaproszona, a teraz to ja będę zapraszać... Ba, nie tylko zapraszać, ale i przeprowadzać rozmowy, rekomendować kandydatów pracodawcy...
To duża odpowiedzialność. Tym bardziej, że będę się uczyć na żywych organizmach...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc gdy chciałam tyle powiedzieć, by jednocześnie to wszystko ukryć...
Może to lepiej, że braklo czasu/siły na pisanie?? Choć ten blog powstał także po to, aby dzięki pisaniu poukładać sobie niektóre sprawy w głowie... Aby nabrać dystansu choć troszeczkę...
sobota, 8 marca 2008
zaskoczenia
Pierwszym zaskoczeniem (choć bynajmniej niechronologicznie) był list od Carla. Nie spodziewałam się dostać od niego już żadnej wiadomości, poza kurtuazyjnymi życzeniami świątecznymi. Nie przypuszczałam, że będzie to list tak otwarty... Cieszę się, że Carlo przepracował już to nasze "rozstanie", że - chyba - może wreszcie traktować mnie po przyjacielsku. Nie przypuszczałam, że będzie to też tak smutny list... Bo mnie też będzie brakowało uśmiechu Giuseppe... Inna sprawa, że ten tydzień obfitował w tego rodzaju wiadomości... Bo przecież też odeszła również s. Teresa... Nie spotkałam jej nigdy osobiście, a przecież od wielu lat była w pewien szczególny sposób obecna w moim życiu.
Ja zaś mam wrażenie, że osobiście budzę się do życia... A przynajmniej mam taką szansę... Dzięki praktykom jakie sobie niemal wywalczyłam, zaczęłam wychodzić do ludzi... Zaczęłam myśleć o czymś więcej niż tylko konieczność przeglądania i odpowiadania na ogłoszenia... Choć właściwie robię teraz niemal to samo - tyle, że "zawodowo". Przestałam się też martwić brakiem perspektyw... Być może także dzięki mojej determinacji, horyzont możliwości sam niemal się przede mną otworzył... Kilka propozycji z Warszawy, jedna z Gdyni... i ta najważniejsza - toruńska. Bynajmniej nienajlepsza finansowo, ale dająca mi możliwości rozwoju w dziedzinie, która mnie przecież od jakiegoś czasu mocno fascynowała... Rozmowa z szefową sprzed kilku dni była rownież zaskoczeniem.
Mam (jeszcze?) obway czy podołam, czy się sprawdzę... Niby znam swoje umiejętności, niby znam swoje zalety, ale jestem również świadoma tego, iż ostatni rok zostawił we mnie poważne blizny. Nie chciałabym jednak, aby kompleksy zwyciężyły... Nie moge na to pozwolić...!!
Ja zaś mam wrażenie, że osobiście budzę się do życia... A przynajmniej mam taką szansę... Dzięki praktykom jakie sobie niemal wywalczyłam, zaczęłam wychodzić do ludzi... Zaczęłam myśleć o czymś więcej niż tylko konieczność przeglądania i odpowiadania na ogłoszenia... Choć właściwie robię teraz niemal to samo - tyle, że "zawodowo". Przestałam się też martwić brakiem perspektyw... Być może także dzięki mojej determinacji, horyzont możliwości sam niemal się przede mną otworzył... Kilka propozycji z Warszawy, jedna z Gdyni... i ta najważniejsza - toruńska. Bynajmniej nienajlepsza finansowo, ale dająca mi możliwości rozwoju w dziedzinie, która mnie przecież od jakiegoś czasu mocno fascynowała... Rozmowa z szefową sprzed kilku dni była rownież zaskoczeniem.
Mam (jeszcze?) obway czy podołam, czy się sprawdzę... Niby znam swoje umiejętności, niby znam swoje zalety, ale jestem również świadoma tego, iż ostatni rok zostawił we mnie poważne blizny. Nie chciałabym jednak, aby kompleksy zwyciężyły... Nie moge na to pozwolić...!!
wtorek, 4 marca 2008
kolejna szansa (?)
Dziś zaproszono mnie na kolejną rozmowę do Warszawy. Bynajmniej nie na drugi etap do OMV. To inna firma... kolejna szansa... Może tym razem to będzie "moja" szansa?
poniedziałek, 3 marca 2008
dojrzewanie
Kilka razy już słyszałam, że jestem kobietą świadomą siebie. To prawda. Choć dochodzenie do tej świadomości, choć nauczenie się samej siebie czasem jest procesem dość długotrwałym. Nazwałabym ten proces dojrzewaniem. Jestem świadoma tego, co się wokół mnie dzieje, jestem świadoma przyczyn swoich wyborów. Nawet jeśli nie jestem zawsze z nich dumna, nawet jeśli w momencie ich dokonywania są spontaniczne. Perspektywa czasu jednak pozwala na uświadomienie sobie tego, co leżało u podstaw takiej, a nie innej decyzji. Takie małe rozeznanie post factum. Jestem świadoma równiez tego, że zafiksowałam się już dawno na jednym problemie. Zdaję sobie sprawę z tego, że sama z tego zaklętego kręgu nie wyjdę. Na pomoc rodziny za abardzo też liczyć nie mogę. Zwłaszcza mamy, która wpędza mnie w jeszcze większe poczucie winy, tak jakby i bez tego nie było ogromne. Oczywiście rozumiem, że i ona się boi, że traci juz siły. Rozumiem... Więc na pomoc nie liczę... Liczyłam na pomoc tych, którzy mogą pomóc - w wymiarze bardzo konkretnym. Bo dobrych dusz, które są mi przychylne i przyjazne mam na wyciągnięcie ręki wiele (powtarzam po raz nie wiem który - to ważne i miłe, ale nie słów pocieszenia potrzebuję...nie TYLKO takich właśnie słów). Chciałabym też być dobrze zrozumiana - to prawda, że czasem projektujemy sobie pomoc na przykład, która wydaje się nam najodpowiedniejsza. a kiedy nie przychodzi ta wymarzona i wyobrażona, to myślimy, że nie przyszła w ogóle. Mnie też się tak czasem zdarza. Nauczyłam się jednak - w mojej obecnej sytuacji - odróżniać konkrety od miłych słów. Nawet jeśli nie wyobrażam sobie dokładnie jakie to konkrety mialy by być (choć nie ukrywam, że najmilej byłby widziany telefon z propozycją pracy). Jestem też świadoma swoich emocji. I dojrzewam do podejmowania decyzji.
poniedziałek, 25 lutego 2008
luz
To chyba dobrze, że jadę na tę rozmowę na jakimś luzie. Oczywiście - chciałabym wypaść możliwie najlepiej, ale mam świadomość, że bez względu na moje kwalifikacje tej posady raczej nie otrzymam. To daje poczucie swobody... super :-) Ale Waszą pamięcią wszelkiego rodzaju nie pogradzę :-)
niedziela, 24 lutego 2008
Warszawa
To już za trzy dni... Nie wiążę z tym spotkaniem większych nadziei, co nie oznacza, że nie jest ono dla mnie ważne. Jest i to bardzo. Mam też w związku z nim dwa rodzaje przemyśleń - jedne są bardziej ogólne i dotyczą postrzegania pracy w ogóle (ale to sobie zostawię na najbliższy post). Pozostałe są punktem wyjścia dla myślenia o przyjaźni, ludziach, akceptacji...
Chciałabym, aby w najbliższą środę ktoś ze mną w Warszawie był. Nie dlatego, że boję sie tej rozmowy czy potrzebuję opieki (choć ta by się przydała w związku z moją znajomością stolicy:-)). Chciałabym, aby ktoś ze mną był, abym mogła podzielić się gorącymi wrażeniami, abym miała z kim porozmawiać we wtorkowy już wieczór... Telefon, internet to fajne wynalazki, ale czasem potrzebuje się kogoś blisko siebie... Hmmm... Najdziwniejsze jest to, że ta potrzeba bliskości nie jest (w tej sytuacji? w tym momencie?) jedynie emocjonalną desperacją z ostatnich kilku miesięcy...
Chciałabym, aby w najbliższą środę ktoś ze mną w Warszawie był. Nie dlatego, że boję sie tej rozmowy czy potrzebuję opieki (choć ta by się przydała w związku z moją znajomością stolicy:-)). Chciałabym, aby ktoś ze mną był, abym mogła podzielić się gorącymi wrażeniami, abym miała z kim porozmawiać we wtorkowy już wieczór... Telefon, internet to fajne wynalazki, ale czasem potrzebuje się kogoś blisko siebie... Hmmm... Najdziwniejsze jest to, że ta potrzeba bliskości nie jest (w tej sytuacji? w tym momencie?) jedynie emocjonalną desperacją z ostatnich kilku miesięcy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)