Można się dziwić, że wybrałam końcówkę października na wyjazd wakacyjny. Ale chyba wybrałam jak mogłam najlepiej… Pogoda mi dopisała. Za taką złotą polską jesienią tęskniłam… A spędzić taki czas w Krakowie… Choć przez chwilę…
To była cudna chwila. Nigdzie się spieszyć nie musiałam. Pójść mogłam gdzie chciałam… Gdy ma się wyznaczony czas, albo jest się z grupą, taka wolność nie jest możliwa… Więc chodziłam… Kilkanaście razy wzdłuż Floriańskiej… :-) Niewiele osób może zrozumieć po co. I dlaczego to jest takie zabawne i urocze.
W Krakowie odetchnęłam… To był czas kiedy nie musiałam się trzymać, a jednak się trzymałam. To był dobry czas.
W Lublinie odkryłam – ze zdziwieniem i pewną ulgą – że z moją uczelnią już nie wiąże mnie nic. Oczywiście, pozostają miłe wspomnienia i dobre znajomości. Niemniej, ta niewidzialna nić, która mnie dotychczas z KUL-em łączyła, została zerwana na dobre. Już mnie to nie męczy.
To był czas, kiedy powinnam rozmawiać. Nie odważyłam się jednak. Mój brak gotowości został zrozumiany, ale kiedyś trzeba będzie… I to będzie bolało bardziej niż w tej chwili kolano…
Szkoda, że cały ten wyjazd nie odbył się w dokładnie odwrotnej kolejności… Wówczas już na początku wydarzyłoby się to, co wydarzyło się na końcu… Pewnie ułatwiłoby mi to decyzję o rozmowie w Lublinie…
I wróciłabym wypoczęta…
Bo choć dni w Poznaniu i Warszawie były przemiłe, to… To dzisiejszy poranek zburzył to wszystko, co osiągnęłam w przeciągu kilku ostatnich miesięcy… Dzisiejszy poranek wykorzystał cały zapas krakowskiej energii…
Głupie i niepotrzebne oszustwo… Jakby nie można było powiedzieć o wątpliwościach wcześniej… Jakby wcześniej nie można było powiedzieć o oczekiwaniach… Obyłoby się bez stłuczonego kolana i obitej ręki…
niedziela, 26 października 2008
niedziela, 21 września 2008
Karp
W tym tygodniu było ciemno i zimno... Po powrocie z pracy miałam ochotę na herbatkę z sokiem malinowym, ksiązżkę i kocyk :-) Popołudniami ubierałam cieplutki sweterek domowy, słuchałam radia i czekałam na "Karpia" w Trójce... Jakby to był okres przedbozżonarodzeniowy... A jeszcze mamy lato :-)
piątek, 12 września 2008
opowieść nieprawdziwa
W ogrodzie bywała każdego dnia, by pielęgnować swe róże. Ich wielość i piękno każdego dnia fascynowały ją na nowo. Pośród swych kwiatów spędzała wiele godzin. Przechadzała się pośród krzewów, gładziła kwiaty, rozmawiała czule z pąkami. Zachwycała się ich wyglądem i zapachem. Nigdy nie mogła nacieszyć się tą feerią barw.
Sama zawsze była w bieli.
W ogrodzie bywała każdego dnia, by przyjrzeć się Morzu, które ją przyzywało. Przypatrywała się mewom. Zachwycała się ich zwinnością i wolnością. Podziwiała ich siłę i upór.
Martwiła się o jedną z nich. O mewę ze złamanym skrzydłem, która przestała latać. Wołała, że mewy muszą latać, że i ona pewnego dnia pofrunie.
W ogrodzie bywała każdego dnia, by poczuć dotyk i zapach Wiatru. Był on przyjacielem i Morza i róż.
Każdego dnia Wiatr zachęcał ją do tańca.
Melancholijnego…
Onirycznego…
Tańczyła więc w zwiewnej sukience, z rozpuszczonymi włosami pośród ogrodu różanego…
Ale Wiatr tego nie widział gnany ku Jesieni, ku Białemu Ptakowi…
Sama zawsze była w bieli.
W ogrodzie bywała każdego dnia, by przyjrzeć się Morzu, które ją przyzywało. Przypatrywała się mewom. Zachwycała się ich zwinnością i wolnością. Podziwiała ich siłę i upór.
Martwiła się o jedną z nich. O mewę ze złamanym skrzydłem, która przestała latać. Wołała, że mewy muszą latać, że i ona pewnego dnia pofrunie.
W ogrodzie bywała każdego dnia, by poczuć dotyk i zapach Wiatru. Był on przyjacielem i Morza i róż.
Każdego dnia Wiatr zachęcał ją do tańca.
Melancholijnego…
Onirycznego…
Tańczyła więc w zwiewnej sukience, z rozpuszczonymi włosami pośród ogrodu różanego…
Ale Wiatr tego nie widział gnany ku Jesieni, ku Białemu Ptakowi…
czwartek, 4 września 2008
niedziela, 31 sierpnia 2008
każdy krok
Nadal jeszcze się zdarza, że zrobienie kroku, wykonanie gestu jakiegolkolwiek wydaje się być zadaniem ponad siły. Ciągle jeszcze bywają dni kiedy zaszyłabym się w domu i nikomu nie pokazywała...
Ale jutro trzeba będzie wstać i zawalczyć...
Ale jutro trzeba będzie wstać i zawalczyć...
sobota, 30 sierpnia 2008
pod kloszem
Moja koleżanka z seminarium (szkoda, że się nie podpisałaś) napisała w komentarzu, że mogłaby mi wiele powiedzieć o życiu poza uniwersyteckim kloszem. Zapewne. Dwie jednak myśli w związku z tym wpisem mi się urodziły.
Po pierwsze - ja też wiem jak to jest wyjść spod opiekuńczych skrzydeł Alma Mater. Przecież nie zostałam i nie udaję, że nic się nie zmieniło. Zmieniło się. I to wiele.
Po drugie - każdy z nas to odejście przeżywa inaczej. Drogi każdego z nas układają się inaczej. Każde z nas przeżywa wzloty i upadki. Ba, przejście w dorosłe życie dla każdego jest trudne. Nie jest ważne czy jest się absolwentem KUL czy UMK, czy technikum...
Czasami myślę, że wybór uczelni i kierunku studiów był wyborem nietrafionym. Prawdopodobnie, gdybym posiadała obecną wiedzę wybrałabym inaczej kierunek studiów. A jeśli nawet byłaby to nadal teologia, to inaczej skanalizowałabym moja aktywność pozazajęciową. Dziesięć lat temu jednak obecnej wiedzy nie posiadałam i jestem przekonana, że mój ówczesny wybór był najlepszym z możliwych i dostatecznie rozeznany.
Zapewne, KUL był (nadal jest?) swego rodzaju kloszem. W komentarzu pojawiło się jednak dobre słowo - inkubator. A inkubator jest po to, by przygotować do dalszego, samodzielnego życia. Inkubator jest po to, by dać siłę niewykształconym jeszcze organizmom. I właśnie tak myślę - KUL, teologia dały nam narzędzia do tego, by odnaleźć się w pouczelnianym życiu.
Kiedy myślałam o komentarzu, który się tu pojawił, stwierdziłam, że KUL to był też "świat". Tyle, że w miniaturze. Polityka i intrygi, miłość i nienawiść, moralność i jej brak... Wszystko można było znaleźć. To od nas konkretnie zależało jak w tym świecie się zachowamy. Czy pozostaniemy przyzwoitymi ludźmi czy też nie... Studia się się skończyły. Nasze światy się nieco przeniosły, ale wybór pozostał ten sam: przyzwoitość czy pójście na moralne układy...
Zmieniły się miejsca i zadania, reszta pozostała niezmieniona...
Po pierwsze - ja też wiem jak to jest wyjść spod opiekuńczych skrzydeł Alma Mater. Przecież nie zostałam i nie udaję, że nic się nie zmieniło. Zmieniło się. I to wiele.
Po drugie - każdy z nas to odejście przeżywa inaczej. Drogi każdego z nas układają się inaczej. Każde z nas przeżywa wzloty i upadki. Ba, przejście w dorosłe życie dla każdego jest trudne. Nie jest ważne czy jest się absolwentem KUL czy UMK, czy technikum...
Czasami myślę, że wybór uczelni i kierunku studiów był wyborem nietrafionym. Prawdopodobnie, gdybym posiadała obecną wiedzę wybrałabym inaczej kierunek studiów. A jeśli nawet byłaby to nadal teologia, to inaczej skanalizowałabym moja aktywność pozazajęciową. Dziesięć lat temu jednak obecnej wiedzy nie posiadałam i jestem przekonana, że mój ówczesny wybór był najlepszym z możliwych i dostatecznie rozeznany.
Zapewne, KUL był (nadal jest?) swego rodzaju kloszem. W komentarzu pojawiło się jednak dobre słowo - inkubator. A inkubator jest po to, by przygotować do dalszego, samodzielnego życia. Inkubator jest po to, by dać siłę niewykształconym jeszcze organizmom. I właśnie tak myślę - KUL, teologia dały nam narzędzia do tego, by odnaleźć się w pouczelnianym życiu.
Kiedy myślałam o komentarzu, który się tu pojawił, stwierdziłam, że KUL to był też "świat". Tyle, że w miniaturze. Polityka i intrygi, miłość i nienawiść, moralność i jej brak... Wszystko można było znaleźć. To od nas konkretnie zależało jak w tym świecie się zachowamy. Czy pozostaniemy przyzwoitymi ludźmi czy też nie... Studia się się skończyły. Nasze światy się nieco przeniosły, ale wybór pozostał ten sam: przyzwoitość czy pójście na moralne układy...
Zmieniły się miejsca i zadania, reszta pozostała niezmieniona...
sobota, 23 sierpnia 2008
środa, 6 sierpnia 2008
miasz masz
1. Dostałam zaproszenie od Bonawentury. To miło, że się zorientowała, iż nie jestem już gimnazjalistką i jeżeli o mnie chodzi, to innego rodzaju wiadomości powinna do mnie wysyłać. Szkoda, że nie mogę pojechać. Kiedy zobaczyłam temat spotkania, wiedziałam, że by się przydał. Właśnie teraz i właśnie mnie. Ale cóż... nie pojadę.
2. Edyta Geppert śpiewa: "Tak by chciało się pogadać, ale nie ma z kim. Z sobą samą też dogadać się jest trudno". Kto mnie zna trochę dłużej wie, że nie mówiłam zbyt dużo nigdy. Zmieniło się to trochę więcej niż nieco, ale nadal nie potrafię mówić o sprawach ważnych. Bez względu na to czy są tematy radosne czy poważne. Nie potrafię. Koniec kropka. Nawet jeśli mam taką potrzebę. I okazję. Ale wtedy milknę, albo wymyślam tematy zastępcze. Tak styl. Zły styl.
3. "Zabawnie" jest czuć jak puchnie mózg. Tak dosłownie. Rzecz jasna (prawdopodobnie?) jest to tylko i wyłącznie wrażenie, ale jakże inne od tak zwanego "pękania głowy". Ostatnio doświadczam różnych bólów glowy, od polekowego począwszy, ale spuchnięty mózg to wrażenie zupełnie nowe. Głowa wcale mi nie pęknie, ale ucisk na czaszkę jest wyraźnie odczuwalny... To się nazywa być świadomą własnego mózgu...
4. Gdy się chce coś poznać, trzeba tę rzecz/sprawę zbadać z wielu stron. Człowiek tez nie jest jednowymiarowy. Trzeba sobie zadać nieco trudu, by druga osoba nie była poznana tak, jak księzyc - tylko z jednej strony. TY musisz zadać sobie nieco trudu. JA muszę zadać sobie nieco trudu.
5. AKTUALIZACJA Tak się ostatnio zastanawiałam, że miłoby było, gdyby odwiedzający zostawiali swój ślad...
2. Edyta Geppert śpiewa: "Tak by chciało się pogadać, ale nie ma z kim. Z sobą samą też dogadać się jest trudno". Kto mnie zna trochę dłużej wie, że nie mówiłam zbyt dużo nigdy. Zmieniło się to trochę więcej niż nieco, ale nadal nie potrafię mówić o sprawach ważnych. Bez względu na to czy są tematy radosne czy poważne. Nie potrafię. Koniec kropka. Nawet jeśli mam taką potrzebę. I okazję. Ale wtedy milknę, albo wymyślam tematy zastępcze. Tak styl. Zły styl.
3. "Zabawnie" jest czuć jak puchnie mózg. Tak dosłownie. Rzecz jasna (prawdopodobnie?) jest to tylko i wyłącznie wrażenie, ale jakże inne od tak zwanego "pękania głowy". Ostatnio doświadczam różnych bólów glowy, od polekowego począwszy, ale spuchnięty mózg to wrażenie zupełnie nowe. Głowa wcale mi nie pęknie, ale ucisk na czaszkę jest wyraźnie odczuwalny... To się nazywa być świadomą własnego mózgu...
4. Gdy się chce coś poznać, trzeba tę rzecz/sprawę zbadać z wielu stron. Człowiek tez nie jest jednowymiarowy. Trzeba sobie zadać nieco trudu, by druga osoba nie była poznana tak, jak księzyc - tylko z jednej strony. TY musisz zadać sobie nieco trudu. JA muszę zadać sobie nieco trudu.
5. AKTUALIZACJA Tak się ostatnio zastanawiałam, że miłoby było, gdyby odwiedzający zostawiali swój ślad...
niedziela, 20 lipca 2008
jaskinia
Rzadko, ale zdarzają się dni kiedy zostaję w domu sama. Oznacza to, ze wreszcie nie muszę pozostawać pod ścisłą kontrolę - ataki nie są takie częste. Poza tym - mogę wejść do jaskini. Czyli schować się przed światem. Szkoda, ze nie da się schować przed sobą.
Jaskinia to, w moim przypadku, nie miejsce lub czas przemyslenia własnej sytacji. To nie jest czas podejmowania decyzji czy robienia rachunku sumienia. To nie jest czas marzeń.
Jaskinia to moja prywatna czarna dziura, z której na dobrą sprawę nigdy nie wyszłam. Nawet jeśli sprawiam wrażenie, ze żyję już na powierzchni...
niedziela, 29 czerwca 2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)