wtorek, 31 marca 2009

zadyszka

Przez chwilę wydawało mi się, że wszystko mogę. Przez chwilę bowiem mi się wydawało, że wszystko robi się samo i jakoś poza mną. Całkiem niedawno odkryłam, że to jednak nie jest prawda. Uświadomiłam to sobie i ta wiedza niemal udarzyła mnie w twarz...
Najzabawniejsze jest jednak to, że emocjonalnie nadal jestem gotowa na wielki wysiłek, że nadal jestem pełna optymizmu. Ale... to małe "ale" to mój organizm, który dostał zadyszki i nie nadąża za chęciami i emocjami.

poniedziałek, 9 lutego 2009

efekt domina

Energia to jedno, trudne sytuacje to zupełnie inna historia. Z pracowymi sobie radzę. Lepiej lub gorzej, ale problemy rozwiązuję. Niech ta energia do czegoś się przyda. Choć bywa tak, że kilka rzeczy spada jednocześnie, ale co tam...
Z osobistymi sprawami też sobie coraz lepiej radzę. Bywa ciężko. Niemniej jednak pagórki nie wydają się już być górami nie do przeskoczenia.
Zdarzają się jednak sytuacje, które spadają na mnie jak grom z jasnego nieba, które sprawiają, że nie wiem co powiedzieć i co zrobić. Sytuacje tym trudniejsze, że nic z nimi nie mogę zrobić, bo dotykają nie mnie bezpośrednio ale kogoś z mego otoczenia. A ból moich bliskich - rodziny, przyjaciół - jest dla mnie równie wielki, by nie powiedzieć, że większy, niż mój własny ból.
Nie mogę zrobić nic... poza dobrym słowem, poza dobrą myślą. A przecież z doświadczenia wiem, że dobre słowo w takiej poważnej sytuacji nie oznacza wiele (choć oznacza w zasadzie wszystko).
Nie mogę zrobić nic i to sprawia, że sytuacja ta z trudnej staje się dla mnie jeszcze trudniejsza...
Właśnie przeczytałam własne słowa i stwierdzam, że ktoś mógłby wysnuć wniosek, iż bardziej się przejmuję swoimi odczuciami, niż problemem drugiego człowieka, którym podobno się przejmuję... To nieprawda. To drugi człowiek i jego kłopot jest dla mnie ważniejszy, ale przecież nie nogę opisać i zanalizować w tym miejscu emocji drugiego człowieka...
No i właśnie nastał czas kiedy nie mogę zrobić nic...

sobota, 7 lutego 2009

afektywność dwubiegunowa

Napisałam tytuł i zastanawiam się czy takie słowo, w tym kontekście, w ogóle istnieje. Jak na kontrolera płynności i gramatyka robię zbyt dużo błędów językowych, zarówno w słowie pisanym, jak i mówionym. Problem polega na tym, że tylko z niektórych zdaję sobie sprawę, że tylko niektóre z nich zauważam. Pocieszam się myślą, że jednak polonistką nie jestem. Pocieszam się myślą, że Włosi, o ile w ogóle znają zasady gramatyki swojego jezyka, absolutnie się nimi nie przejmują i są szczęśliwi. Choć to ostatnie, to słaba pociecha...
Taka mała, choć ważna, dygresja.
Od pewnego, dłuzszego już, czasu mam mnóstwo pracy. I z perspektywy ilości oraz jakości zadań, czasami mocno wątpię w kryzys (którego swoją drogą nie neguję, choć mam swoje zdanie na jego temat).
Mam mnóstwo pracy i zdarza się, że padam na nos. Zatem nic dziwnego, że bywam mocno zmęczona, by nie powiedzieć wykończona. Jeszcze do niedawna tego rodzaju zmęczenie fizyczne sprawiało, że dopadały mnie stany depresyjne (jakby nie przychodziły niezależnie od ilości pracy).
Od pewnego jednak czasu ogrom pracy nakręca mnie jeszcze bardziej. Ilość wytwarzanej adrenaliny (czy aby na pewno to adrenalin, czy inny hormon?) jest niezwykle wysoka. Jestem pełna entuzjazmu - zapewne, także dlatego, że odnoszę niejakie sukcesy - i chęci do jeszcze większego wysiłku. Chodzę jak nakręcona. Żadna literatura motywacyjna nie jest mi konieczna w tym momencie.
Cieszy mnie to...
powinno martwić??

środa, 4 lutego 2009

Marian D.

Śmierć to zupełnie naturalna sprawa. Czasem, a nawet czesto, bywa jednak zaskakująca...
Pana Mariana - bo tak do siebie się zwracaliśmy - nigdy nie widziałam. Rozmawialiśmy wyłącznie przez telefon. Od czasu do czasu przez ostatnich kilka miesięcy. Zawsze sympatycznie, choć tematy niekoniecznie były sympatyczne...
I dziś dowiedziałam się, że pan Marian zmarł kilkanaście dni temu... Tak po prostu... We śnie... z zaskoczenia...
Dziwnie się z tą wiadomością czuję...

sobota, 3 stycznia 2009

literacka koherencja

Wiele lat temu przeczytałam ksiązżkę. Z niewyjaśnionych dla mnie wówczas powodów zaintrygował mnie pewien jej fragment i nawet go sobie wynotowałam. Przez cały ten czas nie był mi on do niczego potrzebny, choć przeglądając notatnik czasem na tych kilka zdań trafiałam.
Po latach przeczytałam inną książkę. Kilka akapitów natychmiast przywołało mi na pamięć tamten dawno nieczytany fragment. To tylko potwierdza tezę Zafona, że książki czasem wybieraja nas...
-----------------
„Czy nie odczuwasz, prowadząc szybko wóz w miejscach o dużym natężeniu ruchu, że to niebezpieczne igranie z życiem, chociaż każdy traktuje to jako rzecz naturalną? Kierowcy w samochodach i ciężarówkach robią wrażenie znudzonych, zajętych własnymi myślami i mających jedno tylko pragnienie: dojechać z A do B, a przecież w każdej chwili znajduje się o krok od śmierci. Wystarczy, że któryś obróci o parę centymetrów kierownicę nie w tę co trzeba stronę i już powstaje groźna kraksa. Lub kiedy jedzie się krętą szosą nad urwistym wybrzeżem i nagle człowiek uświadamia sobie, że wystarczy zdjąć ręce z kierownicy na jedną sekundę, żeby śmignąć z krawędzi szosy hen, w powietrze. Aż przeraża wtedy sama myśl, że to taki prosty, szybki, ale nieodwracalny manewr. Wydało mi się, iż właśnie coś takiego wtedy zrobiłam, z tą tylko różnicą, że zboczyłam z drogi nie ku śmierci, ale ku życiu.
(…)
Ja tylko zdjęłam ręce z kierownicy – powiedziała Joy – i razem tobą przekroczyłam ową krawędź urwiska.”
D. Lodge, Mały światek
----------------------
„Ujrzał na moment swoje życie z innej, odległej perspektywy, jakby patrzył na nie przez odwróconą lornetkę. Miał wrażenie, że dotąd ślizgał się po jego szklistej powierzchni, jak nartnik po gładkiej tafli wody, niezdolny, by zanurzyć się w głąb, zaczerpnąć głęboki haust i, niechby nawet, utopić się, ale żeby chociaż to było prawdziwe. Przez tę krótką chwilę rozumiał, co złego wydarzyło się w jego przeszłości, pojmował, że zabrakło mi odwagi, żeby powiedzieć „nie” i żeby krzyczeć „tak”, jak choćby wtedy wiosną, w nasiąkniętej wodą Brukseli. Nie potrafił przyjąć dobra i piękna tam, gdzie chciano go nim obdarować. Odsuwał je od siebie pełen strachu przed całkowitym zbliżeniem i zjednoczeniem się z innym człowiekiem. Ze strachu przed otworzeniem się przed kimś do końca. Z lęku przed miłością. Zrozumiał, że nieprzypadkowo najbardziej pragnął kobiet, których nigdy nie mógł mieć, bo główny nurt ich życia toczył się gdzieś obok. Pozwalało mu to przeżywać emocje, unikając jednak głębszego zaangażowania, bo były to historie miłosne na niby. Czasem barwne i pełne uniesień, ale nieprawdziwe, bo z góry skazane na niespełnienie. Bezpiecznie puste wydmuszki rzeczywistości miłości. Co prawda, w ich zimnym ogniu nie można było spłonąć na popiół, ale nie pozwalały też, by powstać jak feniks. Kiedy zaś przychodziła chwila, że trzeba było wybierać i albo poddać się szaleństwu i uczuciu, albo pogrążyć w melancholii niespełnienia, to w końcu wybierał to drugie, bo nie wierzył w siebie, nie wierzył w miłość.
(…)
Pajacowanie przed samym sobą pozwalało nie pamiętać z pełną ostrością tego, co przydarzyło mu się przed chwilą. Wiedział dobrze, że nabyta właśnie wiedza o sobie nie opuści go, że wystarczy trochę obniżyć gardę i celnie wyprowadzony cios znowu dosięgnie go prosto między oczy, bo nie ma ucieczki przed samym sobą. Wszyscy oszukujemy się i żyjemy jakby na cudzy rachunek, ale w głębi duszy wiemy, że nie ma od siebie ucieczki. Za plecami zawsze skrada się nasz cień, gotów w każdej chwili skoczyć nam do gardła. Chyba wiedział to wszystko wcześniej, przeczuwał może raczej, tętniło to w nim jak duże naczynie prężące się pod skórą, niewidoczne jednak wyraźnie na powierzchni.”
J. Kalinowski, Kształt ciemności
------------------------------
Fragment z Kalinowskiego przedłużyłam o zdania potwierdzające prawdę, która wraca do mnie jak bumerang, że przed samym sobą się nie ucieknie...

intelektualna pożywka (1)

Zaczęłam czytać.
Pasja czytelnicza wróciła mi w październiku po wielu, wielu miesiącach sporej niechęci do słowa drukowanego. Teraz czytam w chwilach wolnych i ukradzionych. Kilka osób twierdzi, że powinnam poświęcić się zgłębianiu literatury biznesowej i motywacyjnej. Beletrystyka - wg zasady Pareta - jest mi do niczego niepotrzebna. Inni by zapewne stwierdzili, że taka mieszanina gatunków jest niestosowna. A ja lubię przecieść się z Quantico do Lublina zahaczając o Chile i Barcelonę. To tylko ostatnio odwiedzone miejsca.
W tej chwili zwiedzam Barcelonę z poczatku XX wieku. Miałam nadzieję, że tym razem C.R. Zafon zaniecha pomysłu napisania kryminału. W okolicach setnej jednak strony stwierdzam, że pokusa jest zbyt silna. A szkoda. Zdecydowanie wolałabym, aby pozostał na granicy rzeczywistości i snu... Nie zanosi się jednak i zobaczymy co z tego wyniknie. Ci, którzy "Grę anioła" przeczytali twierdzą, że autor przedobrzył. Nic dziwnego... po takim sukcesie "Cieniu wiatru" musiał napisać coś lepszego, a przynajmniej coś równie genialnego. Irytująca cecha u pisarzy... Nawet nie starają się zmienić tematu lub stylu przy kolejnych książkach.
Dlatego jeszcze wiele czasu minie zanim sięgnę po książki Arturo Perez-Reverte. Dlatego nie jestem pewna czy z taką niecierpliwością oczekiwać będę na kolejną część opowieści o Cmentarzysku Zapomnianych Książek...
Dlatego zdziwiona jestem, że nie znienawidziłam jeszcze Isabel Allende, która niby zmienia tematy, a jednak pisze cały czas to samo. A na pewno nie zmienia stylu (podobno troszkę inaczej jest w przypadku "Pauli", ale do tej pozycji jeszcze nie sięgnęłam). Powinna mnie drażnić równie mocno jak Sienkiewicz, a jednak jej twórczością jestem zafascynowana. Być może dlatego, że bohaterkami jej ksiązżek są wyjątkowe kobiety... Być może dlatego, że w tak sugestywny sposób przenosi czytelnika w duszny, esencjonalny i intensywny świat Ameryki Łacińskiej... Być może dlatego, że jej bohaterki balansują na krawędzi przeróżnych rzeczywistości i światów...
Oczywiście, zupełnie inaczej czyta się serie. Z góry wiadomo, ze temat i styl się nie zmieni.
I tu - rzeczy jasna - wiedzie prym Ania :-) Zapewne nie powinnam się przyznawać do tej mojej fascynacji. Ale miło jest przenieść się (zazwyczaj raz w roku) w świat zielony i niewinny. Miło jest stać się na powrót małą dziewczynką. I tak sobie myślę, że dla mnie jest to świtna literatura motywacyjna - czegokolwiek, by o niej nie powiedzieć.
W dzieciństwie byłam również zafascynowana opowieściami o przygodach Pana Samochodzika. Polski James Bond dla dzieci :-) Ale to dzięki Nienackiemu uczyłam się historii. Zaś Alfred Szklarski uczył mnie geografii...
Kilka lat temu zaś poznałam agentkę Maggi O'Dell, którą przedstawiałam wszystkim moim znajomym. Kilka osób nawet się z nią zaprzyjaźniło. Moja z nią znajomość trwa siedem tomów i obawiam się, że szybko się nie skończy. Alex Kava wymyśli jeszcze mnóstwo pretekstów, by ją do mnie przyprowadzić. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nie muszę jej wpuszczać za próg mego domu i umysłu. Problem polega na tym, że choć bohaterowie zaczynają być irytujący, to kryminalne historie są pasjonujące.
Inna rzecz - napisanie naprawdę dobrego kryminału nie jest proste. Przekonałam sie o tym czytając chociażby "Kształt ciemności". Sama nie wiem czy to dobra książka. Fabuła zbudowana co najmniej nieźle... ale zdecydowanie za długa... No i zakończenie... Kalinowski mógł sobie darować ostatnich kilka akpitów...
--------------------------------
"Liczę, że przed upływem sześciu godzin otrzymam pięć znormalizowanych stron, panie Edgarze Allanie Poe. Proszę mi przynieść jakąś historię, a nie oratorski popis. Kazania zostawię sobie na pasterkę. Proszę mi przynieść historię, jakiej jeszcze nie czytałem, a jeśli czytałem, to proszę mi ją tak napisać i opowiedzieć, bym sobie nie zał z tego sprawy."
C.R. Zafon, Gra anioła

piątek, 2 stycznia 2009

wyjątkowa noc

Bynajmniej nie dlatego, że w kalendarzach, na zegarach i we wszelkich notatkach zapis "2008" został zastąpiony "2009". Już dawno przestałam wierzyć w magię nocy sylwestrowo-noworocznej. Poza zapisem datowym nic się przeciez nie zmienia... Ba, każdego dnia zmienia się data i nikt nie robi z tego powodu wielkiego szumu. Choć... Cezury są dla nas potrzebne. Dlatego obchodzimy urodziny, rocznice ważnych dla nas wydarzeń, sylwestra... Daty pomagają nam porządkować zycie. Pomagają robić bilanse. Dlatego właśnie przełom lat jest świetną okazją do powzięcia postanowień. Bo 31 grudnia to łatwy do zapmiętania termin rozliczenia.
Pamiętam rózne daty i w związku z nimi rozliczam inne wydarzenia... Ale przede wszystkim, daty są dla mnie ważnymi wspomnieniami.
7 września
13 maja...
21 września...
5 października...
5 grudnia...
8 grudnia...
Te, i inne daty, są dla mnie wazżne bez zaglądania do kalendarza. Cały czas dochodzą nowe...
Z nocą sylwestrowo-noworoczną tez wiążą się przerózżne wspomniania... Doszło też nowe. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się witać nowego roku w taksówce :-)
Paulino, Szymonie, Rafale - dziękuję Wam za tę noc.

środa, 17 grudnia 2008

droga

Jeśli każdy dzień może być (i jest?) pierwszym dniem mojego życia, to jak dbać o konsekwentne podążanie w obranym przez siebie kierunku? Czy warto? Czy to w ogóle możliwe?
Ja jestem zdania, że można i trzeba. Należy wiedzieć w jakim kieunku się poruszać, gdzie chce się dotrzeć. Życie nie jest po to, aby dryfować. Nie jest po to, by dać ponosić się falom, choć świadoma jestem, iż sztormy na oceanie życia bywają silniejsze od nas. A nawet śmiercionośne.
Nie wpisuję portu przeznaczenia do mej księgi. Ale wiem gdzie płynę... Gdzie chcę płynąć (nawet jeśli nie raz zbaczam z kursu).

wtorek, 16 grudnia 2008

spraw kilka

1. Ochota
Pogoda ani to zimowa, ani wiosenna, ani nawet jesienna. I bynajmniej nie nastraja do pieszych wycieczek. Dziś jednak przyszła mi ochota na spacer. Taki zwykły, długi (?) spacer...
Na pewno nie dziś, może nie jutro, ale pomysł zrealizuję... Za towarzystwo się nie obrażę...
2. Gra słów
3. Klamka zapadła
Decyzja podjęta, spotkanie umówione... Chciałoby się powiedziedź, że nie ma odwrotu. Zapewne taka możliwość istnieje, ale nie chcę z niej korzystać. Nawet jeśli się boję... Szczęście całe, że wreszcie oporu wewnętrznego nie czuję...
4. Odplątanie-zaplątanie
Nie skrzywdzić... nie skrzywdzić tym razem... nie skrzywdzić siebie, ani...

poniedziałek, 15 grudnia 2008

na wstecznym biegu

No i się nawymądrzałam o postrzeganiu szczęścia. A tu drobiazg pod tytułem atak i od razu zmienia się perspektywa. Nie, żebym wracała do stanu sprzed kilku miesięcy - smutek i poczucie beznadziei przychodzi wszak niezależnie od ataków. I to jest zupełnie inna historia.
Ataki jednak bardzo mnie jednak wyczerpują. Bardziej, aniżeli ciężka praca. Ataki jednak sprawiają, że z całkiem pewnej siebie dziewczyny staję się na dłuższą lub krótszą chwilę małym, zaszczutym, przerażonym psem. Zwłaszcza gdy moi znajomi są świadkami tego wydarzenia. Nieważne, że mają wiele zrozumienia dla mojej dolegliwości.
W takich chwilach jak dziś, odnoszę wrażenie, że lepiej byłoby dla nich i dla mnie, abym usunęła się gdzieś w cień i nie przeszkadzała. Nieważne, że mam świadomość, że choroba nie jest przeszkodą.
Nieważne, że na codzień choć jestem świadoma epilepsji, to staram się nią nie przejmować. Bo przecież funkcjonuję zupełnie normalnie. To wszystko przestaje być ważne w takich właśnie momentach... W takich momentach cała moja świadomość i pewność siebie, bez mojej zgody, wrzuca wsteczny bieg...