czwartek, 24 stycznia 2008

żałoba narodowa

Zdarzało mi się zastanawiać po co komu żałoba narodowa, zwłaszcza trzydniowa. Jakby mało wypadków na drogach... Przecież każdego dnia na drogach umiera co najmniej kilka osób... A ci ludzie umierający w szpitalach i w swoich domach... A jednak takie katastrofy jak wczorajsza, jak wypadek w Halembie czy zawalenie się dachu nad wystawcami czy inne, sprawiają, że dużo łatwiej zatrzymać się na chwilę i przypomnieć sobie o tym, co naprawdę ważne.
Katastrofy nam potrzeba czy smierci papieża, by przypomnieć sobie o tym, że życie jest kruche...
Dlatego właśnie jest potrzeba żałoby narodowej....
Poniżej fragment artykułu o wczorajszej katastrofie. Całość znalazła się na: http://www.tvn24.pl/-1,8902,raport.html

20 osób zginęło w jednej z najtragiczniejszych katastrof lotniczych w historii polskich Sił Powietrznych. W środę niedaleko bazy wojskowej w Mirosławcu samolot transportowy CASA C295M rozbił się ledwie kilka sekund lotu od pasa lotniska.Jak doszło do tragediiSamolot CASA C-295M rozbił się koło lotniska w Mirosławcu o godz. 19.07. Samolot leciał z Warszawy przez Krzesiny, miał lądować w Mirosławcu i potem w Świdwinie. Ostatecznym miejscem przeznaczenia był Kraków.Z informacji Państwowej Straży Pożarnej wynika, że samolot spadł do lasu niespełna kilometr od lotniska. Znajdował się w osi pasa startowego, podchodził do lądowania. Załoga nie sygnalizowała kłopotów.Samolotem lecieli wojskowi wracający z konferencji "Bezpieczeństwo Lotów". W czwartek dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik podał nazwiska ofiar. Na pokładzie samolotu zginęli:PasażerowieGen. Brygady Andrzej Andrzejewski - Podpułkownik Zdzisław Cieślik, szef szkolenia gen Andrzej andrzejwski, Major Robert Maj z sekcji szkolenia lotniczegoMajor Mirosław Wilczyński, szef sekcji techniki lotniczejPułkownik Jerzy Piłat, podpułkownik Dariusz Pawlak, szef sekcji techniki lotniczejMajor Grzegorz Jułga, zastępca dowódcy eskadryKapitan Paweł Zdunek, dowódca klucza lotniczego, Kapitan Karol Szmigiel, dowódca klucza technicznego, Pułkownik Dariusz Maciąg, dowódca bazyMajor Piotr Frilinger, szef sekcji techniki lotniczejPodpułkownik Zbigniew Książek, zastępca dowódcy bazyPodpułkownik Wojciech Maniewski, dowódca eskadryKapitan Leszek Ziemski, instruktor bezpieczeństwa lotówKapitan Grzegorz Stepaniuk, szef techniki lotniczejMajor Krzysztof Smołucha z Dowództwa Sił Powietrznych. Załoga Major Jarosław Haładus, płk pilot Jerzy Piłat, Porucznik pilot Robert KuźmaPorucznik pilot Michał SmyczyńskiSierżant Janusz Adamczyk, technik pokładowy.
Na miejsce katastrofy jako pierwsze dotarły dwie jednostki wojskowej straży pożarnej z lotniska w Mirosławcu. Po ugaszeniu pożaru wraku teren został zabezpieczony przez Żandarmerię Wojskową. Na miejsce udała się Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, której przewodniczy płk Zbigniew Drozdowski, a także prokuratorzy wojskowi. Po tragedii wszystkie samoloty CASA C-295M zostały zawieszone w lotach do odwołania. Ratownicy, którzy pierwsi przybyli na miejsce tragedii. Na miejsce tragedii pojechał w nocy premier Donald Tusk. Prezydent Lech Kaczyński skrócił swoją wizytę zagraniczną i po powrocie do kraju ogłosił dwudniową żałobę narodową. W bazie w Mirosławcu flagi zostały opuszczone do połowy masztów.

środa, 23 stycznia 2008

kilka cytatów z kontekstu wyjętych

Jeszcze przed chwilą było tu kilka cytatów mówiących o samotności. Pozostawionych bez żadnego komentarza... Dla mnie komentarz jest niepotrzebny, dla Was - czytelników, byłby nieodzowny... Nie to, że nie szanuję osób tu zaglądającycyh... ale dziś nie mam siły tłumaczyć...

wtorek, 22 stycznia 2008

nuuuuuuudzę cię

Dla niewtajemniczonych - tytuł dzisiejszego wpisu to parafraza piosenki kabaretu "Potem". Równie dobrze mogłabym przytoczyć oficjalny tytuł, czyli "Nudzię się". Dziś jednak chciałabym przeprosić wszystkich, którzy mają już dość mojego marudzenia.
PRZEPRASZAM
Chciałabym jednak, żebyście zrozumieli - to dla mnie naprawdę ważne. Mija już rok bez pracy. Niemal rok jeśłi odliczę kilka miesięcy przeznaczonych na diagnostykę. Nic wiec dziwnego, że się zafiksowałam na tym temacie. Już kiedyś pisałam, że poza oczywistym aspektem finansowym, praca i powiązane z nią wynagrodzenie spełniają funkcję społeczną: pozwalają przebywac wśród ludzi, pozwalają realizować się w pracy zawodowej i rozwijać się poza nią... Mogłabym jeszcze kilka rzeczy wymienić.
PRZEPRASZAM
Chciałabym jednak, abyście zrozumieli, że źle się czuję słysząc o nowych przedmiotach kupowanych przez Was, o wyjazdach (nawet, a może zwłaszcza, służbowych), wyjściach towarzyskich... Domyślam się, że dla Was to nic nadzwyczajnego i zwyczajna konieczność - dla mnie: szczyt marzeń...
PRZEPRASZAM
Dlatego nie zdziwcie się jeśli jutro czy za kilka dni przestanę sie odzywać, odpowiadać na maile i zaczepki na gg. Po co mam Was nudzić??

sobota, 19 stycznia 2008

jeszcze bedzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie

Na początku roku obiecałam sobie, że nie dam się zniszczyć, że optymim (a przynajmniej spokój) będzie mi towarzyszył cały czas. Wiedziałam oczywiście, że to będzie trudne chociażby dlatego, że jestem kobietą i swe humoery mam... Mogłam przypuszczać, że prędzej czy później sytuacja zawodowa, a właściwie jej brak zacznie mnie przytłaczać na nowo. Nawet jeśli będę robiła wszystko, aby się nie poddać, aby wreszcie pracę znaleźć.
Szkoda tylko, że naturalny spadek nastroju przypadł na moment kiedy pada jedna negatywna odpowiedź za drugą. I jeszcze ta świadomość, że pracy w Riello nie dostanę na własne życzenie. Bardziej chyba tej rozmowy zawalić nie mogłam... W dodatku ta wczorajsza wiadomość, że miejsce jest... tylko, że z oosbistych przyczyn go nie dostanę. Właściwie to nawet nie wiem czy to ja odmóiłam, czy mnie odmówiono. Dziwna ta rozmowa była...
No i to orzeczenie... Chyba będzie tak, że zamiast ułatwić mi znalezienie pracy, to mi utrudni. Wszak, żaden pracodawca nie zechce mieć ciągle kontroli z PFRON, bo pani Asia musi pracować w warunkach chronionych... Chciałabym się mylić.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że za bardzo nie mam z kim o tym pogadać. Wszak znakomita większość moich znajomych pracuje i ma się co najmniej nieźle. Jasne, każdy chciałaby zarabiać więcej i pewnie mieć mniej obowiązków. Być może niektórzy z nich się nawet dziwią, że ja z takim rozgoryczeniem mówię o braku pracy... Poznałam człowieka, który też nie pracuje, jest niepełnosprawny... ale ma rentę. Tak, wiem - to jałmużna, a właściwie ochłap od państwa, niemniej na coś tam wystarcza, jakieś tam warsztaty mu zapewniają...
I kiedy ludzie mówią, że na pewno cos znajdę, że takam wykształcona, takam zdolna, to... wyć mi się chce. I tym bardziej czuje się jak nieudacznik... jak śmieć...

wtorek, 1 stycznia 2008

un periodo particolare

W tym roku miałam wyjątkowe szczęście jeśli chodzi o życzenia świąteczno-noworoczne. Wydaje się, że rodzina i przyjaciele wykazali się wielkim taktem nie życząc mi znalezienia pracy i faceta. Bo nienajważniejsze jest w tej chwili czy nie to właśnie najchętniej by mi powiedzieli.
Nie usłyszałam też życzeń, aby ten rok był lepszy od poprzedniego. Tuz przed zakończeniem roku 2007 uświadomiłam sobie, że od jakiegoś już czasu, każdy mój „nowy rok” jest… gorszy od poprzedniego. Nawet jeśli w okolicach 31 grudnia myślę sobie, że gorzej to już naprawdę być nie może… I za każdym razem jestem zaskakiwana nową piękną katastrofą. Dlatego tym razem jestem już świadoma tego, że – owszem – może być gorzej. Bynajmniej nie jest to myślenie z gatunku magicznych: skoro liczyłam na lata lepsze a przychodziły gorsze, to licząc na katastrofę, przydarzą mi się fajne rzeczy. Ucieszę się z pomyślnego obrotu sprawy, ale nowe przeciwności i porażki mnie nie zdziwią. Choć zasmucą na pewno.
Nie mam zatem zamiaru walczyć z wiatrakami. Jestem na to w tej chwili za słaba (choć nie wykluczam możliwości, że za miesiąc lub dwa w przypływie sił taka walkę podejmę). Nie mam jednak zamiaru tak nic nie robić i trwać w marazmie.
Dlatego chyba po raz pierwszy w życiu zrobiłam postanowienie noworoczne. Nie mam zamiaru odkładać tego, co jest trudne, nieprzyjemne do zrobienia na potem… jełki trzeba coś zrobić, to trzeba to zrobić „teraz”. Nawet jeśli miałby to być zwykły mail. Innymi słowy: w tym roku mam zamiar nauczyć się – na nowo – systematyczności.
Hmm… może będzie mi łatwiej wytrwać bo to postanowienie jest zapisane?? Oby :-)

poniedziałek, 17 grudnia 2007

alergia

Kilka dni temu Sebastian przytoczył mi słowa swojego szefa: Kto chce, szuka możliwości; kto nie chce – poszukuje wymówek.
Całkiem prawdziwe zdanie. Nie przykładałabym jednak do niego kwantyfikatora wielkiego. Bo z tą tezą, podobnie jak z wieloma innymi jest tak, że jednak, że mimo wszystko nie odnoszą się każdego i nie w każdej sytuacji.
Być może poszukuje usprawiedliwienia dla swojego lenistwa, nieudacznictwa, lęków czy czegokolwiek innego, ale nie wydaje mi się, żebym szukała wymówek ponieważ mi się nie chce poszukiwać możliwości. To tak łatwo oceniać po pozorach. Zwłaszcza, że w różnego rodzaju propozycjach widzę błędy i trudności. Dzieje się tak z dwu powodów.
Po pierwsze dlatego, że kierując się zasadą ze skeczu „Sęk” kabaretu Dudek, pytam najpierw: ile można na tym stracić. Ile się zyska, tyle się zyska, ale ważne jest to ile można stracić. Zdaję jednak sobie sprawę z tego, że i tak w obliczaniu tego ryzyka i tak ulegam euforycznemu optymizmowi i rzucam się w wir zdarzeń, prac, by potem stwierdzić, że oto straciłam jeśli nawet nie pieniądze, to energię, czas…
Drugim powodem zwracania uwagi na trudności jest fakt, że przecież ja już próbowałam tylu rzeczy, że jestem świadoma trudności. Dlaczego niewiele osób chce mi uwierzyć, że ja naprawdę imałam się tych wszystkich zajęć, że zmagałam się z takimi czy innymi problemami prawnymi, urzędniczymi, itd.? Dlaczego patrzą z niedowierzaniem kiedy mówię, że podobny problem dawno już przerabiałam… Jasne, nie jestem specjalistka w każdej dziedzinie. Ba, nie jestem specjalistką chyba w żadnej, ale miałam już do czynienia z bardzo różnymi sytuacjami. I wiem co może mnie spotkać, jakie trudności mogą pojawić się na mojej drodze.
Może innym rzeczywiście wszystko przychodzi łatwo? Jeśli tak, to ja się bardzo cieszę. W moim przypadku wytrwałość, optymizm i działanie na niewiele się zdają.
Doceniam słowa innych, że będzie dobrze, że się uda… To miłe z ich strony, że tak mówią. Ale ja już mam alergię (żeby nie użyć dosadniejszego słowa, które mi się ciśnie na język) na wszelkiego rodzaju „będzie dobrze”. Otóż nie będzie, tylko dlatego, że ktoś mi tak mówi. Tym bardziej jeśli te słowa są tylko po to, by mnie zbyć i przejść do tematu bardziej interesującego dla drugiej strony.

niedziela, 9 grudnia 2007

pamięć

Nie wiem czy na moje szczęście czy też nieszczęście, mam dobrą pamięć. Nazwałabym ją pamięcią emocjonalną, choć nie jest to najszczęśliwsze określenie.
Pamiętam wydarzenia, często daty, na pewno towarzyszące wydarzeniom emocje. Dlatego nie musze prowadzić pamiętnika. Dlatego ten blog nie jest pamiętnikiem w sensie ścisłym, ale raczej zbiorem refleksji na tematy różne. Dlatego mnie wystarcza kalendarz. Wystarczy mi zapisać tam jakieś spotkanie czy jakies wydarzenie i po latach (a swoje agendy zbieram od wielu już lat) przypominam sobie cały ich kontekst i emocje ze sprawą związane.
W wielu jednak przypadkach nawet kalenadarze nie są mi jednak potrzebne. Bo ja pamiętam... Nie to, że przywiązuję wagę do rocznic i dat. Po prostu pamiętam.
Szkoda, że pamięci nie można wysprzątać jak szuflady z pamiątkami. Nie chciałabym zapominać, ale posegregować wspomnienia, zrobić miejsce dla kolejnych... Może dlatego tak bolą niektóre przeszłe wydarzenia? Zawsze bowiem sa na wierzchu...

środa, 14 listopada 2007

mam nadzieję, głupia jestem że ja mam

Ja, jak zaczynam coś robić to angażuję się całą sobą. Nawet jeśli robię kilka rzeczy jednocześnie... Potem sie okazuje, że mogłam to zrobić bynajmniej nie angażując tyle sił, emocji. Tym bardziej, że te wszytskie ważne dla mnie sprawy i tak przybieraja inny obrót niż bym chciała, niż to planowałam.
Tak było z wielkim spotkaniem "po latach". Najpierw wielokrotne umawianie się z Ciupasem w celu zorganizowania tego spotkania. Wielokrotne, bo cozywiście nie raczył mnie poinformować o zmianach jego planów (ok, plany sa po to, by je zmieniać), albo w ogóle zapominał, że się ze mną umówił. Pełna entuzjazmu podjęłam działania co by spotkanie zorganizować... i co?? Przyszło całe 10 osób... Oczywiście odbre i to. Oczywiście miło było się spotkać i pośmiać. Tylko po co było ładować w to tyle energii?? Zwłaszcza tej emocjonalnej?? Można było zwyczajnie rozesłać maile i nie mieć tej głupiej nadziei, że odzew będzie wielki. Następne spotkanie 22 grudnia... Może przyjdzie kilka osób więcej, ale jakos nie chce mi się już wierzyć w potwierdzenia i zapowiedzi jakie do mnie spływają...
Tak było i jest ze sklepem... Jestem świadoma, że inicjatywa jest dobra. Jeśli nie świetna. Nawet jak na warunki toruńskie. Jestem świadoma, że pewne rzeczy trzeba jeszcze poprawić: zdjęcia, rozszerzyć marketing... Pracuję po kilkanoście godzin dziennie z radością, nadzieją, entuzjazmem. Wydaje mi się bowiem, że warto, że to ma sens. Angażuję całą siebie (o tym, że mojemu bratu zależy, nawet nie wspomnę), chcę żeby wyszło możliwie najlepjej... Możliwie?? Nie, ja chcę żeby było super... Żeby brat nie odniósł porażki, żebym ja przyczyniła się do sukcesu... Po dzisiejszej jednak akcji z panem Gieniem, balonik entuzjazmu pękł. Uleciało powietrze... Kolejny juz raz... (Żeby nie było - jeszcze wierzę w powodzenie sklepu i zrobię wszytsko, żeby się do tego przyczynić).
Ileż razy powietrze ze mnie uciekało? Ileż już razy się okazywało, że cała ta moja katywność, całe moje zaangażowanie są nic nie warte, a w najlepszym razie niewiele...? Ileż to już razy angażowalam się w znajomości, kładłam serce na dłoni, a potem byłam brutalnie odrzucona...? I tak się zastanawiam: warto? Czy nie lepiej robić coś "po prostu", nie przejmując się zanadto? Czyz nie lepjej przestać być taką perfekcjonistką? Zaangażowaną do granic wytrzymałości perfekcjonistką?

wtorek, 30 października 2007

strach i nadzieja

Mojemu bratu zawsze wszystko się udawało. To jest stwierdzenie faktu, a nie zazdrość. Co więcej - w jakiś sposób podziwiam to jego szczęście. Nie był szczególnie wybitnym uczniem czy studentem, ale też większych kłopotów nie miał. W sprawach zawodowych jednak (biznesowych, technicznych, itd) czego sie nie tknął - zamieniało się w sukces. Ok, nie mówimy tutaj o zostaniu milionerem w ciągu jednego dnia. Wszak prawdziwą jest zasada, że to pieniądz robi pieniądz, a jak się nie ma zbyt wiele do włożenia, to i za wiele zebrać nie można. Niemniej - udawało mu się. Nigdy nie wiedziałam jak on to robi. Co więcej - pracodawcy sami go chcieli. Teraz postanowione zrezygnowac z jego usług, ale znalazł on nowy pomysł na życie. Inicjatywa rzeczywiście trudna i ryzykowna, ale z perspektywami.
A ja czego bym się nie tknęła, zamienia się w katastrofę. W przeciwieństwie do mojego brata byłam świetną uczennicą i studentką. Co więcej - (współ)pracowałam przy wielu eventach (ale modne słowo), które były sukcesami i mnóstwo rzeczy potrafię. W życiu zawodowym postudenkim spotyka mnie porażka za porażką.
Co zatem wyjdzie z połączenia moich i brata wysiłków w tworzenie sklepu? Sukces czy porażka?
Mam nadzieję, że suckes, ale pojawiają się też poważzne obawy... Ja już do porażek się przyzwyczaiłam, ale mojemu bratu potrzebny jest sukces, a przynajmniej spokojne egzystowanie...

sobota, 13 października 2007

trauma

Dość poważny tytuł... i dość poważnie będzie...
Minął rok odkąd zakończyło się moje narzeczeństwo. Ponad rok. Minął rok od wyznaczonej już przecież (i załatwionej) daty ślubu... Od samego początku twierdziłam i starałam się utwierdzić w przekonaniu, że to dobrze, że nie było innego wyjścia.
I rzeczywiście: dobrze się stało! Zdaję sobie sprawę, że gdybyśmy sie pobrali, mogłabym mieć tylko do siebie pretensje za ten krok. Bo teraz, z perspektywy, wiem, że pewne nawyki by się nie zmieniły. Choć na początku próbowałam go bronić, próbowałam ratować (?) nasz związek. Chyba jednak była mi potrzebna odległość, żeby zobaczyć jak sprawy stoją naprawdę...
I nie chcę się pławić w rozkoszy użalania się nad sobą. Choć prawdą jest, że zdałam się zwieść iluzji, że zostałam skrzywdzona. Ja i cała moja rodzina. Prawdą jest jednak i to, że swoją decyzją - nawet jeśłi była konieczna - zadałam ból. Nie uchylam się przed odpowiedzialnością, nie będę twierdzić, że On bie był zakochany... Tylko ta miłość jakaś pokręcona była... (może kiedyś napiszę o mechanizmie takiej miłości, bo nie przypadła ona tylko mnie w udziale).
Ten związek jednak zostawił we mnie ogromną ranę w postaci braku zaufania do mężczyzn. Zawsze byłam ostrożna i niepewna ich uczuć, zamierzeń, intencji. Zawsze było bardzo trudno mnie oswoić (nawet jeśłi wcześniej kandydatów było niewielu)... Teraz jest to niemal niemożliwe... Nie wiedziałam, że siedzi to tak głęboko we mnie, dopóki nie pojawiła się "okazja" na zaczęcie czegoś nowego...
Nie przerażają mnie relacje koleżańskie, przyjacielskie, a nawet kiedy od początku wiem, że chodzi jedynie o romans (choć to nie znaczy, że w takie relacje od razu wchodzę). Nie rpzerażają mnie, bo wiem jak sobie z nimi radzić - intencje są jasne. Gdy zaczyna się mówić o związku, miłości... ja uciekam...
Wiele razy powtarzałam, że nie szukam związku, nie kandydatów na kandydatów. Powtarzam jednak również, że nie uciekam przed związkiem, że jeśli się trafi ktoś odpowiedni, że gdy się zakocham, to proszę bardzo - jestem gotowa. Obawiam się jednak, że nawet gdy zakocham się ze wzajemnościa, to upłynie sporo czasu zanim zaufam tak do końca...