Pamięć o przodkach i o tradycji. Pamięć pierwszych zabaw. Pamięć pierwszych smaków i zapachów. Pamięć o pierwszej miłości. Pamięć o pierwszym rozaczarowaniu. I o wszystkich następnych. Pamięć o sukcesach i porażkach. Pamięć o przyjaciół i ich pamięć.
Pamietam... i pamiętać będę... czy to zaśmiecanie umysłu?
środa, 16 kwietnia 2008
środa, 9 kwietnia 2008
zjeść ciastko i mieć ciastko
Zjeść ciastko a jednak mieć ciastko.
Napisać wszystko a jednak nie napisać nic.
Pracować a jednak mieć mnóstwo wolnego czasu.
Nie pracować a jednak mieć pieniądze.
Umrzeć a jednak żyć.
Grzeszyć a jednak być niewinną.
Znać a jednak nie znać.
Uśmiechać się a jednak być smutnym.
Odejść a jednak trwać.
Być bezsilnym a jednak działać.
Napisać wszystko a jednak nie napisać nic.
Pracować a jednak mieć mnóstwo wolnego czasu.
Nie pracować a jednak mieć pieniądze.
Umrzeć a jednak żyć.
Grzeszyć a jednak być niewinną.
Znać a jednak nie znać.
Uśmiechać się a jednak być smutnym.
Odejść a jednak trwać.
Być bezsilnym a jednak działać.
to już miesiąc?? to już miesiąc!!
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc od ostatniego wpisu. Muszę się na nowo nauczyć funkcjonować w sytuacji bycia pracownicą... Muszę się nauczyć na nowo organizować czas. Musi go wystarczyć na spotkania ze znajomymi, na zabawę z Maleńką, na odpisywanie na listy, na współpracę z panem "Nieuczesanym" i prawdopodobnie kilka innych ważnych spraw...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc bycia w pracy... Zabawne jest to, że jeszcze nie jestem zatrudniona a już pracuję za dużo :-) Miesiąc uczenia się i ciągłych zaskoczeń. Najnowszym jest polecenie przeprowadzenia rekrutacji - tak od początku do końca... Jeszcze nie tak dawno dałabym wiele, aby na rozmowę być zaproszona, a teraz to ja będę zapraszać... Ba, nie tylko zapraszać, ale i przeprowadzać rozmowy, rekomendować kandydatów pracodawcy...
To duża odpowiedzialność. Tym bardziej, że będę się uczyć na żywych organizmach...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc gdy chciałam tyle powiedzieć, by jednocześnie to wszystko ukryć...
Może to lepiej, że braklo czasu/siły na pisanie?? Choć ten blog powstał także po to, aby dzięki pisaniu poukładać sobie niektóre sprawy w głowie... Aby nabrać dystansu choć troszeczkę...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc bycia w pracy... Zabawne jest to, że jeszcze nie jestem zatrudniona a już pracuję za dużo :-) Miesiąc uczenia się i ciągłych zaskoczeń. Najnowszym jest polecenie przeprowadzenia rekrutacji - tak od początku do końca... Jeszcze nie tak dawno dałabym wiele, aby na rozmowę być zaproszona, a teraz to ja będę zapraszać... Ba, nie tylko zapraszać, ale i przeprowadzać rozmowy, rekomendować kandydatów pracodawcy...
To duża odpowiedzialność. Tym bardziej, że będę się uczyć na żywych organizmach...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc gdy chciałam tyle powiedzieć, by jednocześnie to wszystko ukryć...
Może to lepiej, że braklo czasu/siły na pisanie?? Choć ten blog powstał także po to, aby dzięki pisaniu poukładać sobie niektóre sprawy w głowie... Aby nabrać dystansu choć troszeczkę...
sobota, 8 marca 2008
zaskoczenia
Pierwszym zaskoczeniem (choć bynajmniej niechronologicznie) był list od Carla. Nie spodziewałam się dostać od niego już żadnej wiadomości, poza kurtuazyjnymi życzeniami świątecznymi. Nie przypuszczałam, że będzie to list tak otwarty... Cieszę się, że Carlo przepracował już to nasze "rozstanie", że - chyba - może wreszcie traktować mnie po przyjacielsku. Nie przypuszczałam, że będzie to też tak smutny list... Bo mnie też będzie brakowało uśmiechu Giuseppe... Inna sprawa, że ten tydzień obfitował w tego rodzaju wiadomości... Bo przecież też odeszła również s. Teresa... Nie spotkałam jej nigdy osobiście, a przecież od wielu lat była w pewien szczególny sposób obecna w moim życiu.
Ja zaś mam wrażenie, że osobiście budzę się do życia... A przynajmniej mam taką szansę... Dzięki praktykom jakie sobie niemal wywalczyłam, zaczęłam wychodzić do ludzi... Zaczęłam myśleć o czymś więcej niż tylko konieczność przeglądania i odpowiadania na ogłoszenia... Choć właściwie robię teraz niemal to samo - tyle, że "zawodowo". Przestałam się też martwić brakiem perspektyw... Być może także dzięki mojej determinacji, horyzont możliwości sam niemal się przede mną otworzył... Kilka propozycji z Warszawy, jedna z Gdyni... i ta najważniejsza - toruńska. Bynajmniej nienajlepsza finansowo, ale dająca mi możliwości rozwoju w dziedzinie, która mnie przecież od jakiegoś czasu mocno fascynowała... Rozmowa z szefową sprzed kilku dni była rownież zaskoczeniem.
Mam (jeszcze?) obway czy podołam, czy się sprawdzę... Niby znam swoje umiejętności, niby znam swoje zalety, ale jestem również świadoma tego, iż ostatni rok zostawił we mnie poważne blizny. Nie chciałabym jednak, aby kompleksy zwyciężyły... Nie moge na to pozwolić...!!
Ja zaś mam wrażenie, że osobiście budzę się do życia... A przynajmniej mam taką szansę... Dzięki praktykom jakie sobie niemal wywalczyłam, zaczęłam wychodzić do ludzi... Zaczęłam myśleć o czymś więcej niż tylko konieczność przeglądania i odpowiadania na ogłoszenia... Choć właściwie robię teraz niemal to samo - tyle, że "zawodowo". Przestałam się też martwić brakiem perspektyw... Być może także dzięki mojej determinacji, horyzont możliwości sam niemal się przede mną otworzył... Kilka propozycji z Warszawy, jedna z Gdyni... i ta najważniejsza - toruńska. Bynajmniej nienajlepsza finansowo, ale dająca mi możliwości rozwoju w dziedzinie, która mnie przecież od jakiegoś czasu mocno fascynowała... Rozmowa z szefową sprzed kilku dni była rownież zaskoczeniem.
Mam (jeszcze?) obway czy podołam, czy się sprawdzę... Niby znam swoje umiejętności, niby znam swoje zalety, ale jestem również świadoma tego, iż ostatni rok zostawił we mnie poważne blizny. Nie chciałabym jednak, aby kompleksy zwyciężyły... Nie moge na to pozwolić...!!
wtorek, 4 marca 2008
kolejna szansa (?)
Dziś zaproszono mnie na kolejną rozmowę do Warszawy. Bynajmniej nie na drugi etap do OMV. To inna firma... kolejna szansa... Może tym razem to będzie "moja" szansa?
poniedziałek, 3 marca 2008
dojrzewanie
Kilka razy już słyszałam, że jestem kobietą świadomą siebie. To prawda. Choć dochodzenie do tej świadomości, choć nauczenie się samej siebie czasem jest procesem dość długotrwałym. Nazwałabym ten proces dojrzewaniem. Jestem świadoma tego, co się wokół mnie dzieje, jestem świadoma przyczyn swoich wyborów. Nawet jeśli nie jestem zawsze z nich dumna, nawet jeśli w momencie ich dokonywania są spontaniczne. Perspektywa czasu jednak pozwala na uświadomienie sobie tego, co leżało u podstaw takiej, a nie innej decyzji. Takie małe rozeznanie post factum. Jestem świadoma równiez tego, że zafiksowałam się już dawno na jednym problemie. Zdaję sobie sprawę z tego, że sama z tego zaklętego kręgu nie wyjdę. Na pomoc rodziny za abardzo też liczyć nie mogę. Zwłaszcza mamy, która wpędza mnie w jeszcze większe poczucie winy, tak jakby i bez tego nie było ogromne. Oczywiście rozumiem, że i ona się boi, że traci juz siły. Rozumiem... Więc na pomoc nie liczę... Liczyłam na pomoc tych, którzy mogą pomóc - w wymiarze bardzo konkretnym. Bo dobrych dusz, które są mi przychylne i przyjazne mam na wyciągnięcie ręki wiele (powtarzam po raz nie wiem który - to ważne i miłe, ale nie słów pocieszenia potrzebuję...nie TYLKO takich właśnie słów). Chciałabym też być dobrze zrozumiana - to prawda, że czasem projektujemy sobie pomoc na przykład, która wydaje się nam najodpowiedniejsza. a kiedy nie przychodzi ta wymarzona i wyobrażona, to myślimy, że nie przyszła w ogóle. Mnie też się tak czasem zdarza. Nauczyłam się jednak - w mojej obecnej sytuacji - odróżniać konkrety od miłych słów. Nawet jeśli nie wyobrażam sobie dokładnie jakie to konkrety mialy by być (choć nie ukrywam, że najmilej byłby widziany telefon z propozycją pracy). Jestem też świadoma swoich emocji. I dojrzewam do podejmowania decyzji.
poniedziałek, 25 lutego 2008
luz
To chyba dobrze, że jadę na tę rozmowę na jakimś luzie. Oczywiście - chciałabym wypaść możliwie najlepiej, ale mam świadomość, że bez względu na moje kwalifikacje tej posady raczej nie otrzymam. To daje poczucie swobody... super :-) Ale Waszą pamięcią wszelkiego rodzaju nie pogradzę :-)
niedziela, 24 lutego 2008
Warszawa
To już za trzy dni... Nie wiążę z tym spotkaniem większych nadziei, co nie oznacza, że nie jest ono dla mnie ważne. Jest i to bardzo. Mam też w związku z nim dwa rodzaje przemyśleń - jedne są bardziej ogólne i dotyczą postrzegania pracy w ogóle (ale to sobie zostawię na najbliższy post). Pozostałe są punktem wyjścia dla myślenia o przyjaźni, ludziach, akceptacji...
Chciałabym, aby w najbliższą środę ktoś ze mną w Warszawie był. Nie dlatego, że boję sie tej rozmowy czy potrzebuję opieki (choć ta by się przydała w związku z moją znajomością stolicy:-)). Chciałabym, aby ktoś ze mną był, abym mogła podzielić się gorącymi wrażeniami, abym miała z kim porozmawiać we wtorkowy już wieczór... Telefon, internet to fajne wynalazki, ale czasem potrzebuje się kogoś blisko siebie... Hmmm... Najdziwniejsze jest to, że ta potrzeba bliskości nie jest (w tej sytuacji? w tym momencie?) jedynie emocjonalną desperacją z ostatnich kilku miesięcy...
Chciałabym, aby w najbliższą środę ktoś ze mną w Warszawie był. Nie dlatego, że boję sie tej rozmowy czy potrzebuję opieki (choć ta by się przydała w związku z moją znajomością stolicy:-)). Chciałabym, aby ktoś ze mną był, abym mogła podzielić się gorącymi wrażeniami, abym miała z kim porozmawiać we wtorkowy już wieczór... Telefon, internet to fajne wynalazki, ale czasem potrzebuje się kogoś blisko siebie... Hmmm... Najdziwniejsze jest to, że ta potrzeba bliskości nie jest (w tej sytuacji? w tym momencie?) jedynie emocjonalną desperacją z ostatnich kilku miesięcy...
sobota, 23 lutego 2008
milczenie
W ostatnim komentarzu Kienio napisał, że kiedy brakuje słów pojawiają się przyjaciele, którzy gotowi są pomilczeć... Masz rację. Jak zawsze zresztą :-) I przyjaciół poznaje się właśnie po tym, że można z nimi pomilczeć - nawet na odległość, nawet wirtualnie - na jakiś temat. Przyjaciół poznaje się po tym, że obie strony wiedzą na jaki temat się milczy... Choć nawet przyjaciele czasem nie mają odwagi, by trwać w ciszy... Cisza bywa krępująca - nawet dla ludzi bliskich sobie. Cisza bywa niewygodna, gdy tyle spraw się dzieje dookoła. Milczenie bywa kajdanami, gdy serce i umysł jednej ze stron wyrywa się do podzielenia się własnymi przeżyciami. Niezależnie od tego czy są do doświadczenia przyjemne czy też nie.
To trudne milczeć, gdy druga strona chce mówić... To trudne mówić, gdy druga strona potrzebuje cichej właśnie obecności... I nawet przyjaciele, nawet dobrzy przyjaciele mają z tym problem... Przykład mój i Marty... :-) Kwestia charakteru i wydarzeń dnia codziennego...
Owszem - milcząca obecność nie oznacza z konieczności fizycznej obecności w milczeniu. Czasem jednak potrzeba słów - słów bardzo konkretnych. Czasem jednak potrzeba jakiegoś gestu...
To trudne milczeć, gdy druga strona chce mówić... To trudne mówić, gdy druga strona potrzebuje cichej właśnie obecności... I nawet przyjaciele, nawet dobrzy przyjaciele mają z tym problem... Przykład mój i Marty... :-) Kwestia charakteru i wydarzeń dnia codziennego...
Owszem - milcząca obecność nie oznacza z konieczności fizycznej obecności w milczeniu. Czasem jednak potrzeba słów - słów bardzo konkretnych. Czasem jednak potrzeba jakiegoś gestu...
czwartek, 21 lutego 2008
brak mi słów
Czasem bywa tak, że brakuje mi słów. Nie dlatego, że sytuacja mnie przerasta (choć i tak bywa). Po prostu: słowa odchodzą i nie chcą się układać w wypowiedzi dłuższe niż bardzo proste i krótkie zdania.
Właśnie sobie przypomniałam sytuację sprzed kilku lat, kiedy to jechałam z moim promotorem i nie wypowiadałam innych słów niż "tak" i "nie". W pewnym momencie promotor zapytał czy potrafię mowić coś więcej. Zadał źle pytanie, bo jedyną odpowiedzią jaką mógł w tej sytuacji usłyszeć było: "tak". Były to jednak czasy kiedy mówiłam bardzo, bardzo niewiele. Obecnie jestem gadułą :-) Czasem jednak słowa odchodzą... I tak właśnie było/jest przez/od kilku tygodni. A przecież trochę przez ten czas się wydarzyło.
1. W przypływie desperacji i walki o swoje miejsce w świecie postanowiłam zawalczyć o przygotowanie zawodowe (=praktyki) w jednej z firm doradztwa personalnego. Był moment kiedy pomyślałam, iz jestem tak kiepska, że nawet nie życzą sobie mojej darmowej pracy. W ostatniej jednak chwili zaproszono mnie na rozmowę. Jej rezultatem jest zaproszenie na praktyki przed praktykami... Miałabym je rozpocząć 3 marca... Ani to moralne, ani legalne, ale przynajmniej się czegoś nauczę. I wyjdę do ludzi - to ważne... To bardzo ważne.
2. Nie rozpocznę jednak tych praktyk jeśli pwoiedzie mi się rozmowa, na którą zostałam dziś zaproszona. Odbędzie się w najbliższą środę w Warszawie. Będzie przebiegała po włosku, zatem najbliższych kilka dni będę spędzała na powtarzaniu języka... Se no - sicuramente non ottenero' questo lavoro. A przecież i tak trudno będzie - chociażby dlatego, że z konieczności moje wymagania finansowe będą większe niż kandydatek/kandydatów z Warszawy. Dla mnie jednak jest ważne samo zaproszenie. Przygnębiający jest fakt, że spływają one bardzo rzadko.
3. A jeśli nawet spływają, to potencjalnym pracodawcom wydaje się, iż mogą traktować kandydata "z buta". Przykłady z ostatniego tylko tygodnia. Zadzwoniłam do jednej z toruńskich firm, która ogłosiła się w lokalnej gazecie. Chciałam się dowiedzieć jakie to stanowisko i czy jest sens aplikować... Usłyszałam w odpowiedzi: "Kotuś, ale masz za wysokie wykształcenie na to stanowisko. Będziesz rozczarowana kotuś"... Ciekawe czy z klientami też się tam tak rozmawia...?
Starałam się też o pracę w DHL - zostałam zarekomendowana przez moją bratową. We wtorek rzeczywiście nie byłam umówiona, więc nic dziwnego, ze kierownika nie było. Umówiłam się więc na środę. W wyznaczonym czasie kierownika nie było - pojechał do klienta. Rozumiem, że klient ważny, ale czy to znaczy, że można dezorganizowac komuś czas? Zadziwiające są postawy neiktórych ludzi...
4. Niekórych moich znajomych także, ale to temat na inny wpis...
Właśnie sobie przypomniałam sytuację sprzed kilku lat, kiedy to jechałam z moim promotorem i nie wypowiadałam innych słów niż "tak" i "nie". W pewnym momencie promotor zapytał czy potrafię mowić coś więcej. Zadał źle pytanie, bo jedyną odpowiedzią jaką mógł w tej sytuacji usłyszeć było: "tak". Były to jednak czasy kiedy mówiłam bardzo, bardzo niewiele. Obecnie jestem gadułą :-) Czasem jednak słowa odchodzą... I tak właśnie było/jest przez/od kilku tygodni. A przecież trochę przez ten czas się wydarzyło.
1. W przypływie desperacji i walki o swoje miejsce w świecie postanowiłam zawalczyć o przygotowanie zawodowe (=praktyki) w jednej z firm doradztwa personalnego. Był moment kiedy pomyślałam, iz jestem tak kiepska, że nawet nie życzą sobie mojej darmowej pracy. W ostatniej jednak chwili zaproszono mnie na rozmowę. Jej rezultatem jest zaproszenie na praktyki przed praktykami... Miałabym je rozpocząć 3 marca... Ani to moralne, ani legalne, ale przynajmniej się czegoś nauczę. I wyjdę do ludzi - to ważne... To bardzo ważne.
2. Nie rozpocznę jednak tych praktyk jeśli pwoiedzie mi się rozmowa, na którą zostałam dziś zaproszona. Odbędzie się w najbliższą środę w Warszawie. Będzie przebiegała po włosku, zatem najbliższych kilka dni będę spędzała na powtarzaniu języka... Se no - sicuramente non ottenero' questo lavoro. A przecież i tak trudno będzie - chociażby dlatego, że z konieczności moje wymagania finansowe będą większe niż kandydatek/kandydatów z Warszawy. Dla mnie jednak jest ważne samo zaproszenie. Przygnębiający jest fakt, że spływają one bardzo rzadko.
3. A jeśli nawet spływają, to potencjalnym pracodawcom wydaje się, iż mogą traktować kandydata "z buta". Przykłady z ostatniego tylko tygodnia. Zadzwoniłam do jednej z toruńskich firm, która ogłosiła się w lokalnej gazecie. Chciałam się dowiedzieć jakie to stanowisko i czy jest sens aplikować... Usłyszałam w odpowiedzi: "Kotuś, ale masz za wysokie wykształcenie na to stanowisko. Będziesz rozczarowana kotuś"... Ciekawe czy z klientami też się tam tak rozmawia...?
Starałam się też o pracę w DHL - zostałam zarekomendowana przez moją bratową. We wtorek rzeczywiście nie byłam umówiona, więc nic dziwnego, ze kierownika nie było. Umówiłam się więc na środę. W wyznaczonym czasie kierownika nie było - pojechał do klienta. Rozumiem, że klient ważny, ale czy to znaczy, że można dezorganizowac komuś czas? Zadziwiające są postawy neiktórych ludzi...
4. Niekórych moich znajomych także, ale to temat na inny wpis...
Subskrybuj:
Posty (Atom)