Na początku był Piesek. Na początku, czyli nie pamiętam kompletnie kiedy się pojawił w moim życiu. Ale odkąd pamiętam cokolwiek z mojego dzieciństwa, to Piesek był. Nie był śliczną maskotką z czasów współczesnych, ale był moja ukochana zabawką z lat najwcześniejszych. Prawdopodobnie bawiłam się nim bardzo intensywnie, ponieważ kilka razy miał operowaną głowę. Pewnego dnia przyszłam ze szkoły (1? 2? klasa) i pieska w domu nie było... Jakiś czas później pojawił się miś, który misiem właściwie nie jest, bo raczej przypomina wiewiórkę z filmów Walta Disney'a. W dodatku jest niebieski. To wystarczyło by otrzymał imię Tucuś (skojarzyć należy z "to coś"). Bawiłam się nim często i chętnie. Nie lubię maskotek w łózku, ale Tucuś zajął miejsce na półeczce obok łóżka. I kiedy minęły czas zabawy pluszakami, to Tucuś pełnił wartę honorową. Pojechał nawet ze mną do Lublina jako symbol domu, dzieciństwa i wszelkich rzeczy przyjemnych. Nie przytulałam go kiedy było mi smutno, ale fajnie, że był. Zachowałam kilka zabawek, maskotek sprzed lat, ale żadna poza Tucusiem nie znalazła miejsca na tak zwanym widoku. Wszystkie te drobiazgi leżą gdzie pochowane, Tucuś stoi na otwartej półce. Nie zwracałam na niego większej uwagi ostatnimi czasy. I pewnie tak by pozostało, gdyby nie Dziecko, które zapamiętuje przedmioty, lubi poznawać nowe rzeczy. Dziecko, które już się przemieszcza swobodnie - jeszcze na czterech, ale do samodzielnego chodzenia na dwóch nóżkach mu niedaleko.
No więc pewnego dnia Dziecko dostało Tucusia w ramach poznawania nowych przedmiotów, zabawek. Wyraz zachwytu w oczach małej dziewczynki - bezcenny :-) Miś jednak nie trafił do zestawu innych zabawek Dziecka, ale wrócił na półkę Cioci, co Mała doskonale zapamiętała. Zapamiętała i dwa dni później doczworakowała się do pokoju Cioci, usiadła i wyciągnęła ręce w stronę pluszaka. Znak, że chce go dostać. Ale przecież maskotki odmawiać nie będę. I tak przy kazdej wizycie. Fajnie, ze Tucuś dla Dziecka równiez jest wazny - choć nie mam złudzeń: jeszcze nie wybrała sobie pluszowego przyjaciela na dobre i na złe.
Ostatnia, jedną z ulubionych zabawek Małej jest robienie "bach bach" czyli wypuszczanie zabawek z rączki. A najlepiej gdy "bach bach" robi się stojąc na wersalce a zabawki trafiają za jej oparcie. Kilka dni temu Dziecko "schowało" Tucusia do "szafy" za wersalką tuż przed swoim wyjściem - trzeba było potem wszystko ułożyć na swoje miejsca. Gdy wyjęłam Tucusia - żal mi się go zrobiło... i aż go pogłaskałam czule. Wiem, wiem - infantylne trochę, ale w tym momencie przyfrunęły do mnie wspomnienia lat dziecięcych i ważnych zabawek, zabaw, przedmiotów, obrazów, dźwięków. Tucuś należy do tego minionego świata. Nie chcę do niego wracać, ale dobrze o nim pamiętać...
I Piesek, i Tucuś należą do tego świata.
Także torba ze zdjęciem dziewczynki, z którą to dziewczynką zaprzyjaźniłam się nie tylko ja, ale i moja koleżanka z ławki.
Poza tym film animowany o dwóch niedźwiadkach, których mamę zabili łowczy - tytułu nie pamiętam...
To tylko początek listy. Mojej listy. Bo na przykład Sebastianowi wróciły wspomnienia związane z "Bajkami samograjkami". Każdy z nas ma swoje ważne miejsca, przedmioty, obrazy i dźwięki...
wtorek, 24 czerwca 2008
czwartek, 5 czerwca 2008
miesiąc miodowy
Nawet nie wiem jak... nawet nie wiem kiedy... ale czas ucieka... Prawie nie rozróżniam dni tygodnia... Prawie nie odróżniam tygodnia od tygodnia... Nie żeby mnie to martwiło... Miło pracować, miło mieć tyle zajęcia... I wiem, że w pracy nie ma tak, że same sukcesy... To nie jest mozliwe. Stram się jednak nie popelniać błędów. Nie wiem na ile moje odczucia są prawidłowe, ale czuję się cały czas na cenzurowanym... Na pewno jestem sprawdzan, oceniana - taki urok początków. Nie wiem tylko na ile będzie to miało wpływ na moje przyszłe zatrudnienie... Nie daję sobie prawa do popełniania błędów. Ale nie mogę umieć wszystkiego... Nie wszystko do razu może mi wychodzić. I niestety - od kilku dni nie wychodzi rewelacyjnie. I - niestety - nie mogę zwalić winy na czynniki obiektywne. Popełniam błędy. Choć nie mogę ich popełniać...
niedziela, 4 maja 2008
Pierwszy polski top wszechczasów
Nie jestem fanką Czesława Niemena, ale także dla mnie... I nie dziwi mnie, że wygrała trójkowy top wszechczasów.
---------------------------------
Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się wiele zła. I dziwne jest to, że od tylu lat człowiekiem gardzi człowiek. Dziwny ten świat, świat ludzkich spraw, czasem aż wstyd przyznać się. A jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim. Nie! Nie! Nie! Przyszedł już czas, najwyższy czas, nienawiść zniszczyć w sobie. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim. Nie! Nie! Nie! Przyszedł już czas, najwyższy czas, nienawiść zniszczyć w sobie.
---------------------------------
Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się wiele zła. I dziwne jest to, że od tylu lat człowiekiem gardzi człowiek. Dziwny ten świat, świat ludzkich spraw, czasem aż wstyd przyznać się. A jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim. Nie! Nie! Nie! Przyszedł już czas, najwyższy czas, nienawiść zniszczyć w sobie. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim. Nie! Nie! Nie! Przyszedł już czas, najwyższy czas, nienawiść zniszczyć w sobie.
alternatywy
Pokora czy życiowe nieudacznictwo? Wybór czy jego brak? Pępowina czy miłość? Odpowiedzialność czy głupota? Mogłabym mnożyć podobne pytania. Pytania z kategorii: czy jeszcze przyjaźń czy już kochanie... Odpowiedź byłaby prosta gdyby były to pytania o prostą alternatywę: dobro-zło... (choć niektórym i to łatwo zniuansować).
piątek, 2 maja 2008
mewa ze złamanym skrzydłem
Mewy powinny latać... Mewy powinny tańczyć z wiatrem... Mewy powinny upiększać bielą błękit nieba i morza... Mewa powinna tylko odpoczywać na skałach... Nie powinna smutnie po tych skałach wędrować i tęsknie spoglądać na morze... Czy jeszcze zbiorę siły, by znow zatańczyć z wiatrem?? Czy wiatr okaże się przyjazny? Czy znajdę w sobie odwagę? Raz jeszcze...
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
cztery w jednym
Nie było czasu, aby pisać, a przeciez myśli nie przestają krążyć, a przecież wydarzenia biegną własnym rytmem...
1. Wiosenna intensywność. Wiem, wiem - można mieć wątpliwości czy to, co za oknem można nawać wiosną w nowoczesnym tego slowa znaczeniu. W nowoczesnym, czyli obarczonym efektem cieplarnianym... A ta wiosna taka prawie staroświecka: czasem słoneczna, czasem deszczowa... Tylko jak tu pogodzić się ze staroświecka wiosną, gdy styczeń był niemal letni? Tak czy inaczej wszytsko kwitnie. Przed moim oknem mam zółte forsycje, białe śliwy i fioletowe jabłuszka... Pieknie jest. Jak to dobrze, że uniwerystet dba o zielone otoczenie. Kilka dni temu wracałam do domu obok tych wszytskich drzewek i krzewów. Po deszczu było. I ciepło było. I poczułam tę wiosenną intensywność - ciężką, przytłaczającą niemal przytłaczającą woń...
2. Urzędnicza rzeczywistość. Toruński urząd pracy został zreorganizowany. Ma być łatwiej i szybciej - "urząd przyjazny petentowi". Wyszło jak zwykle. W ramach tego "szybciej" dwukrotnie musiałam stać w godzinnej (dosłownie) kolejce, choć pracownicy w innych okienkach nudzili się niemal śmiertelnie. Ale przejść nie można, bo okienka są alfabetyczne...
Chciano też zmusić - jak podejrzewam - stałych bywalców urzędu do sprawdzania ofert pracy. Zatem w okienku, gdzie się podpisuje gotowość do podjecia pracy, sprawdza się też aktualne oferty. Pic na wodę i statystyka, ale robi się coś dla osób bezrobotnych. A kolejka się wydłuza, bo sprawdzanie ofert stało się - chyba - obowiązkowe.
Jestem świadoma, ze PUP-y niewiele mogą, ze nie mają wielkiego pola manewru i brak spadku bezrobocia to nie jest winą działalności tej insytucja. A przynajmniej nie tylko. Ale jeśli już się coś reorganizuje, to chyba po to, by działało lepiej... Widocznie się mylę.
3. 112/997 W nocy z soboty na niedzielę przyśniło mi się, że ktoś krzyczy. Nie był to pojedynczy głos, ale wrzaski jakiejś grupy. Po chwili okazalo się jednak, że krzyki były jak najbardziej realne i tylko do snu zbłądziły. Wyjrzałam przez okno, by zobaczyć co się dzieje. A na zewnątrz grupka młodych, pijanych ludzi... Jeden z chlopców próbował złapać dziewczynę, ta mu się wyrywała. Inny chłopak stawał w obronie napastowanej (?) głośno i z rękoczynami... Zapowiadało się nieciekawie. Dziewczyna bardzo głośna groziła, że zadzwoni na policję, ale nie dzwoniła. Postanowiłam zadzwonić ja. Ze stacjonarnego telefonu wkręciłam 997 i natychmiast zostałam połączona z komendą miejską policji w Toruniu. Taką automatyczną informację wysłuchałam i zaczęłam czekać na złoszenie dyżurnego... Czekałam długo, słuchając wolnych sygnałów... Rozłaczyłam się, by spróbować drugi raz... Ta sama sytuacja... Oczywiście obudziłam rodziców, którzy wstali i zaczęli obserwować krzyczącą grupkę. Rozłączyłam się i z komórki wybrałam 112. Podobno system nie działa, ale połączyłam się z komendą miejską policji w Toruniu (a tym razem to chyba nawet straż bym wolała albo pogotowie) i znowu czekałam długo i cierpliwie. Cała sytuacja trwała około 10 minut. W tym czasie młodzież zdążyła się rozejść, a przynajmniej na grupki pdozielić... Zastanawiam się, co by było gdyby to nie była tylko szczeniacka awantura... Być może o gdzinie 4 rano policja ma dziesiątki zgłoszeń, ale wówczas miły głos automatu powinien poinformować, ze w danej chwili przyjęcie zgłoszenia nie jest mozliwe. Ale moze ja za wiele wymagam??
4. Rozstania. Czasem się zdarzają... Czasem decyzja o rozstaniu jest najrozsądniejsza, ale to i tak zawsze boli. Nawet jeśli to najlepsza (pod każdym względem) decyzja...
5. A jednak będzie pięć w jednym. Nie lubię kiedy znika mi pół zdania, a czasem dwa, gdy próbuję wpisać literkę "ż" (ooo, tym razem się udało!!). Nie lubię nie umieć formatować swoich wpisów. Pod tym względem blogger.com nie jest przyjazny...
1. Wiosenna intensywność. Wiem, wiem - można mieć wątpliwości czy to, co za oknem można nawać wiosną w nowoczesnym tego slowa znaczeniu. W nowoczesnym, czyli obarczonym efektem cieplarnianym... A ta wiosna taka prawie staroświecka: czasem słoneczna, czasem deszczowa... Tylko jak tu pogodzić się ze staroświecka wiosną, gdy styczeń był niemal letni? Tak czy inaczej wszytsko kwitnie. Przed moim oknem mam zółte forsycje, białe śliwy i fioletowe jabłuszka... Pieknie jest. Jak to dobrze, że uniwerystet dba o zielone otoczenie. Kilka dni temu wracałam do domu obok tych wszytskich drzewek i krzewów. Po deszczu było. I ciepło było. I poczułam tę wiosenną intensywność - ciężką, przytłaczającą niemal przytłaczającą woń...
2. Urzędnicza rzeczywistość. Toruński urząd pracy został zreorganizowany. Ma być łatwiej i szybciej - "urząd przyjazny petentowi". Wyszło jak zwykle. W ramach tego "szybciej" dwukrotnie musiałam stać w godzinnej (dosłownie) kolejce, choć pracownicy w innych okienkach nudzili się niemal śmiertelnie. Ale przejść nie można, bo okienka są alfabetyczne...
Chciano też zmusić - jak podejrzewam - stałych bywalców urzędu do sprawdzania ofert pracy. Zatem w okienku, gdzie się podpisuje gotowość do podjecia pracy, sprawdza się też aktualne oferty. Pic na wodę i statystyka, ale robi się coś dla osób bezrobotnych. A kolejka się wydłuza, bo sprawdzanie ofert stało się - chyba - obowiązkowe.
Jestem świadoma, ze PUP-y niewiele mogą, ze nie mają wielkiego pola manewru i brak spadku bezrobocia to nie jest winą działalności tej insytucja. A przynajmniej nie tylko. Ale jeśli już się coś reorganizuje, to chyba po to, by działało lepiej... Widocznie się mylę.
3. 112/997 W nocy z soboty na niedzielę przyśniło mi się, że ktoś krzyczy. Nie był to pojedynczy głos, ale wrzaski jakiejś grupy. Po chwili okazalo się jednak, że krzyki były jak najbardziej realne i tylko do snu zbłądziły. Wyjrzałam przez okno, by zobaczyć co się dzieje. A na zewnątrz grupka młodych, pijanych ludzi... Jeden z chlopców próbował złapać dziewczynę, ta mu się wyrywała. Inny chłopak stawał w obronie napastowanej (?) głośno i z rękoczynami... Zapowiadało się nieciekawie. Dziewczyna bardzo głośna groziła, że zadzwoni na policję, ale nie dzwoniła. Postanowiłam zadzwonić ja. Ze stacjonarnego telefonu wkręciłam 997 i natychmiast zostałam połączona z komendą miejską policji w Toruniu. Taką automatyczną informację wysłuchałam i zaczęłam czekać na złoszenie dyżurnego... Czekałam długo, słuchając wolnych sygnałów... Rozłaczyłam się, by spróbować drugi raz... Ta sama sytuacja... Oczywiście obudziłam rodziców, którzy wstali i zaczęli obserwować krzyczącą grupkę. Rozłączyłam się i z komórki wybrałam 112. Podobno system nie działa, ale połączyłam się z komendą miejską policji w Toruniu (a tym razem to chyba nawet straż bym wolała albo pogotowie) i znowu czekałam długo i cierpliwie. Cała sytuacja trwała około 10 minut. W tym czasie młodzież zdążyła się rozejść, a przynajmniej na grupki pdozielić... Zastanawiam się, co by było gdyby to nie była tylko szczeniacka awantura... Być może o gdzinie 4 rano policja ma dziesiątki zgłoszeń, ale wówczas miły głos automatu powinien poinformować, ze w danej chwili przyjęcie zgłoszenia nie jest mozliwe. Ale moze ja za wiele wymagam??
4. Rozstania. Czasem się zdarzają... Czasem decyzja o rozstaniu jest najrozsądniejsza, ale to i tak zawsze boli. Nawet jeśli to najlepsza (pod każdym względem) decyzja...
5. A jednak będzie pięć w jednym. Nie lubię kiedy znika mi pół zdania, a czasem dwa, gdy próbuję wpisać literkę "ż" (ooo, tym razem się udało!!). Nie lubię nie umieć formatować swoich wpisów. Pod tym względem blogger.com nie jest przyjazny...
środa, 16 kwietnia 2008
Pamięć
Pamięć o przodkach i o tradycji. Pamięć pierwszych zabaw. Pamięć pierwszych smaków i zapachów. Pamięć o pierwszej miłości. Pamięć o pierwszym rozaczarowaniu. I o wszystkich następnych. Pamięć o sukcesach i porażkach. Pamięć o przyjaciół i ich pamięć.
Pamietam... i pamiętać będę... czy to zaśmiecanie umysłu?
Pamietam... i pamiętać będę... czy to zaśmiecanie umysłu?
środa, 9 kwietnia 2008
zjeść ciastko i mieć ciastko
Zjeść ciastko a jednak mieć ciastko.
Napisać wszystko a jednak nie napisać nic.
Pracować a jednak mieć mnóstwo wolnego czasu.
Nie pracować a jednak mieć pieniądze.
Umrzeć a jednak żyć.
Grzeszyć a jednak być niewinną.
Znać a jednak nie znać.
Uśmiechać się a jednak być smutnym.
Odejść a jednak trwać.
Być bezsilnym a jednak działać.
Napisać wszystko a jednak nie napisać nic.
Pracować a jednak mieć mnóstwo wolnego czasu.
Nie pracować a jednak mieć pieniądze.
Umrzeć a jednak żyć.
Grzeszyć a jednak być niewinną.
Znać a jednak nie znać.
Uśmiechać się a jednak być smutnym.
Odejść a jednak trwać.
Być bezsilnym a jednak działać.
to już miesiąc?? to już miesiąc!!
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc od ostatniego wpisu. Muszę się na nowo nauczyć funkcjonować w sytuacji bycia pracownicą... Muszę się nauczyć na nowo organizować czas. Musi go wystarczyć na spotkania ze znajomymi, na zabawę z Maleńką, na odpisywanie na listy, na współpracę z panem "Nieuczesanym" i prawdopodobnie kilka innych ważnych spraw...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc bycia w pracy... Zabawne jest to, że jeszcze nie jestem zatrudniona a już pracuję za dużo :-) Miesiąc uczenia się i ciągłych zaskoczeń. Najnowszym jest polecenie przeprowadzenia rekrutacji - tak od początku do końca... Jeszcze nie tak dawno dałabym wiele, aby na rozmowę być zaproszona, a teraz to ja będę zapraszać... Ba, nie tylko zapraszać, ale i przeprowadzać rozmowy, rekomendować kandydatów pracodawcy...
To duża odpowiedzialność. Tym bardziej, że będę się uczyć na żywych organizmach...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc gdy chciałam tyle powiedzieć, by jednocześnie to wszystko ukryć...
Może to lepiej, że braklo czasu/siły na pisanie?? Choć ten blog powstał także po to, aby dzięki pisaniu poukładać sobie niektóre sprawy w głowie... Aby nabrać dystansu choć troszeczkę...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc bycia w pracy... Zabawne jest to, że jeszcze nie jestem zatrudniona a już pracuję za dużo :-) Miesiąc uczenia się i ciągłych zaskoczeń. Najnowszym jest polecenie przeprowadzenia rekrutacji - tak od początku do końca... Jeszcze nie tak dawno dałabym wiele, aby na rozmowę być zaproszona, a teraz to ja będę zapraszać... Ba, nie tylko zapraszać, ale i przeprowadzać rozmowy, rekomendować kandydatów pracodawcy...
To duża odpowiedzialność. Tym bardziej, że będę się uczyć na żywych organizmach...
Prawie nie zauważyłam jak minął miesiąc... Miesiąc gdy chciałam tyle powiedzieć, by jednocześnie to wszystko ukryć...
Może to lepiej, że braklo czasu/siły na pisanie?? Choć ten blog powstał także po to, aby dzięki pisaniu poukładać sobie niektóre sprawy w głowie... Aby nabrać dystansu choć troszeczkę...
sobota, 8 marca 2008
zaskoczenia
Pierwszym zaskoczeniem (choć bynajmniej niechronologicznie) był list od Carla. Nie spodziewałam się dostać od niego już żadnej wiadomości, poza kurtuazyjnymi życzeniami świątecznymi. Nie przypuszczałam, że będzie to list tak otwarty... Cieszę się, że Carlo przepracował już to nasze "rozstanie", że - chyba - może wreszcie traktować mnie po przyjacielsku. Nie przypuszczałam, że będzie to też tak smutny list... Bo mnie też będzie brakowało uśmiechu Giuseppe... Inna sprawa, że ten tydzień obfitował w tego rodzaju wiadomości... Bo przecież też odeszła również s. Teresa... Nie spotkałam jej nigdy osobiście, a przecież od wielu lat była w pewien szczególny sposób obecna w moim życiu.
Ja zaś mam wrażenie, że osobiście budzę się do życia... A przynajmniej mam taką szansę... Dzięki praktykom jakie sobie niemal wywalczyłam, zaczęłam wychodzić do ludzi... Zaczęłam myśleć o czymś więcej niż tylko konieczność przeglądania i odpowiadania na ogłoszenia... Choć właściwie robię teraz niemal to samo - tyle, że "zawodowo". Przestałam się też martwić brakiem perspektyw... Być może także dzięki mojej determinacji, horyzont możliwości sam niemal się przede mną otworzył... Kilka propozycji z Warszawy, jedna z Gdyni... i ta najważniejsza - toruńska. Bynajmniej nienajlepsza finansowo, ale dająca mi możliwości rozwoju w dziedzinie, która mnie przecież od jakiegoś czasu mocno fascynowała... Rozmowa z szefową sprzed kilku dni była rownież zaskoczeniem.
Mam (jeszcze?) obway czy podołam, czy się sprawdzę... Niby znam swoje umiejętności, niby znam swoje zalety, ale jestem również świadoma tego, iż ostatni rok zostawił we mnie poważne blizny. Nie chciałabym jednak, aby kompleksy zwyciężyły... Nie moge na to pozwolić...!!
Ja zaś mam wrażenie, że osobiście budzę się do życia... A przynajmniej mam taką szansę... Dzięki praktykom jakie sobie niemal wywalczyłam, zaczęłam wychodzić do ludzi... Zaczęłam myśleć o czymś więcej niż tylko konieczność przeglądania i odpowiadania na ogłoszenia... Choć właściwie robię teraz niemal to samo - tyle, że "zawodowo". Przestałam się też martwić brakiem perspektyw... Być może także dzięki mojej determinacji, horyzont możliwości sam niemal się przede mną otworzył... Kilka propozycji z Warszawy, jedna z Gdyni... i ta najważniejsza - toruńska. Bynajmniej nienajlepsza finansowo, ale dająca mi możliwości rozwoju w dziedzinie, która mnie przecież od jakiegoś czasu mocno fascynowała... Rozmowa z szefową sprzed kilku dni była rownież zaskoczeniem.
Mam (jeszcze?) obway czy podołam, czy się sprawdzę... Niby znam swoje umiejętności, niby znam swoje zalety, ale jestem również świadoma tego, iż ostatni rok zostawił we mnie poważne blizny. Nie chciałabym jednak, aby kompleksy zwyciężyły... Nie moge na to pozwolić...!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)