piątek, 12 września 2008

opowieść nieprawdziwa

W ogrodzie bywała każdego dnia, by pielęgnować swe róże. Ich wielość i piękno każdego dnia fascynowały ją na nowo. Pośród swych kwiatów spędzała wiele godzin. Przechadzała się pośród krzewów, gładziła kwiaty, rozmawiała czule z pąkami. Zachwycała się ich wyglądem i zapachem. Nigdy nie mogła nacieszyć się tą feerią barw.
Sama zawsze była w bieli.
W ogrodzie bywała każdego dnia, by przyjrzeć się Morzu, które ją przyzywało. Przypatrywała się mewom. Zachwycała się ich zwinnością i wolnością. Podziwiała ich siłę i upór.
Martwiła się o jedną z nich. O mewę ze złamanym skrzydłem, która przestała latać. Wołała, że mewy muszą latać, że i ona pewnego dnia pofrunie.
W ogrodzie bywała każdego dnia, by poczuć dotyk i zapach Wiatru. Był on przyjacielem i Morza i róż.
Każdego dnia Wiatr zachęcał ją do tańca.
Melancholijnego…
Onirycznego…
Tańczyła więc w zwiewnej sukience, z rozpuszczonymi włosami pośród ogrodu różanego…
Ale Wiatr tego nie widział gnany ku Jesieni, ku Białemu Ptakowi…

czwartek, 4 września 2008

...

Ja też zasługuję na to, by dać mi wszystko... by dać mi cokolwiek...

niedziela, 31 sierpnia 2008

każdy krok

Nadal jeszcze się zdarza, że zrobienie kroku, wykonanie gestu jakiegolkolwiek wydaje się być zadaniem ponad siły. Ciągle jeszcze bywają dni kiedy zaszyłabym się w domu i nikomu nie pokazywała...
Ale jutro trzeba będzie wstać i zawalczyć...

sobota, 30 sierpnia 2008

pod kloszem

Moja koleżanka z seminarium (szkoda, że się nie podpisałaś) napisała w komentarzu, że mogłaby mi wiele powiedzieć o życiu poza uniwersyteckim kloszem. Zapewne. Dwie jednak myśli w związku z tym wpisem mi się urodziły.
Po pierwsze - ja też wiem jak to jest wyjść spod opiekuńczych skrzydeł Alma Mater. Przecież nie zostałam i nie udaję, że nic się nie zmieniło. Zmieniło się. I to wiele.
Po drugie - każdy z nas to odejście przeżywa inaczej. Drogi każdego z nas układają się inaczej. Każde z nas przeżywa wzloty i upadki. Ba, przejście w dorosłe życie dla każdego jest trudne. Nie jest ważne czy jest się absolwentem KUL czy UMK, czy technikum...
Czasami myślę, że wybór uczelni i kierunku studiów był wyborem nietrafionym. Prawdopodobnie, gdybym posiadała obecną wiedzę wybrałabym inaczej kierunek studiów. A jeśli nawet byłaby to nadal teologia, to inaczej skanalizowałabym moja aktywność pozazajęciową. Dziesięć lat temu jednak obecnej wiedzy nie posiadałam i jestem przekonana, że mój ówczesny wybór był najlepszym z możliwych i dostatecznie rozeznany.
Zapewne, KUL był (nadal jest?) swego rodzaju kloszem. W komentarzu pojawiło się jednak dobre słowo - inkubator. A inkubator jest po to, by przygotować do dalszego, samodzielnego życia. Inkubator jest po to, by dać siłę niewykształconym jeszcze organizmom. I właśnie tak myślę - KUL, teologia dały nam narzędzia do tego, by odnaleźć się w pouczelnianym życiu.
Kiedy myślałam o komentarzu, który się tu pojawił, stwierdziłam, że KUL to był też "świat". Tyle, że w miniaturze. Polityka i intrygi, miłość i nienawiść, moralność i jej brak... Wszystko można było znaleźć. To od nas konkretnie zależało jak w tym świecie się zachowamy. Czy pozostaniemy przyzwoitymi ludźmi czy też nie... Studia się się skończyły. Nasze światy się nieco przeniosły, ale wybór pozostał ten sam: przyzwoitość czy pójście na moralne układy...
Zmieniły się miejsca i zadania, reszta pozostała niezmieniona...

sobota, 23 sierpnia 2008

urlop

Planowałam nieco dłuższy wyjazd. Ale dobrych i kilka dni :-)

środa, 6 sierpnia 2008

miasz masz

1. Dostałam zaproszenie od Bonawentury. To miło, że się zorientowała, iż nie jestem już gimnazjalistką i jeżeli o mnie chodzi, to innego rodzaju wiadomości powinna do mnie wysyłać. Szkoda, że nie mogę pojechać. Kiedy zobaczyłam temat spotkania, wiedziałam, że by się przydał. Właśnie teraz i właśnie mnie. Ale cóż... nie pojadę.
2. Edyta Geppert śpiewa: "Tak by chciało się pogadać, ale nie ma z kim. Z sobą samą też dogadać się jest trudno". Kto mnie zna trochę dłużej wie, że nie mówiłam zbyt dużo nigdy. Zmieniło się to trochę więcej niż nieco, ale nadal nie potrafię mówić o sprawach ważnych. Bez względu na to czy są tematy radosne czy poważne. Nie potrafię. Koniec kropka. Nawet jeśli mam taką potrzebę. I okazję. Ale wtedy milknę, albo wymyślam tematy zastępcze. Tak styl. Zły styl.
3. "Zabawnie" jest czuć jak puchnie mózg. Tak dosłownie. Rzecz jasna (prawdopodobnie?) jest to tylko i wyłącznie wrażenie, ale jakże inne od tak zwanego "pękania głowy". Ostatnio doświadczam różnych bólów glowy, od polekowego począwszy, ale spuchnięty mózg to wrażenie zupełnie nowe. Głowa wcale mi nie pęknie, ale ucisk na czaszkę jest wyraźnie odczuwalny... To się nazywa być świadomą własnego mózgu...
4. Gdy się chce coś poznać, trzeba tę rzecz/sprawę zbadać z wielu stron. Człowiek tez nie jest jednowymiarowy. Trzeba sobie zadać nieco trudu, by druga osoba nie była poznana tak, jak księzyc - tylko z jednej strony. TY musisz zadać sobie nieco trudu. JA muszę zadać sobie nieco trudu.
5. AKTUALIZACJA Tak się ostatnio zastanawiałam, że miłoby było, gdyby odwiedzający zostawiali swój ślad...

niedziela, 20 lipca 2008

jaskinia

Rzadko, ale zdarzają się dni kiedy zostaję w domu sama. Oznacza to, ze wreszcie nie muszę pozostawać pod ścisłą kontrolę - ataki nie są takie częste. Poza tym - mogę wejść do jaskini. Czyli schować się przed światem. Szkoda, ze nie da się schować przed sobą.

Jaskinia to, w moim przypadku, nie miejsce lub czas przemyslenia własnej sytacji. To nie jest czas podejmowania decyzji czy robienia rachunku sumienia. To nie jest czas marzeń.

Jaskinia to moja prywatna czarna dziura, z której na dobrą sprawę nigdy nie wyszłam. Nawet jeśli sprawiam wrażenie, ze żyję już na powierzchni...

niedziela, 29 czerwca 2008

trzy pytania

Czy mnie kochasz?
Czy Ty mnie kochasz?
Czy Ty naprawdę mnie kochasz??

wtorek, 24 czerwca 2008

Tucuś

Na początku był Piesek. Na początku, czyli nie pamiętam kompletnie kiedy się pojawił w moim życiu. Ale odkąd pamiętam cokolwiek z mojego dzieciństwa, to Piesek był. Nie był śliczną maskotką z czasów współczesnych, ale był moja ukochana zabawką z lat najwcześniejszych. Prawdopodobnie bawiłam się nim bardzo intensywnie, ponieważ kilka razy miał operowaną głowę. Pewnego dnia przyszłam ze szkoły (1? 2? klasa) i pieska w domu nie było... Jakiś czas później pojawił się miś, który misiem właściwie nie jest, bo raczej przypomina wiewiórkę z filmów Walta Disney'a. W dodatku jest niebieski. To wystarczyło by otrzymał imię Tucuś (skojarzyć należy z "to coś"). Bawiłam się nim często i chętnie. Nie lubię maskotek w łózku, ale Tucuś zajął miejsce na półeczce obok łóżka. I kiedy minęły czas zabawy pluszakami, to Tucuś pełnił wartę honorową. Pojechał nawet ze mną do Lublina jako symbol domu, dzieciństwa i wszelkich rzeczy przyjemnych. Nie przytulałam go kiedy było mi smutno, ale fajnie, że był. Zachowałam kilka zabawek, maskotek sprzed lat, ale żadna poza Tucusiem nie znalazła miejsca na tak zwanym widoku. Wszystkie te drobiazgi leżą gdzie pochowane, Tucuś stoi na otwartej półce. Nie zwracałam na niego większej uwagi ostatnimi czasy. I pewnie tak by pozostało, gdyby nie Dziecko, które zapamiętuje przedmioty, lubi poznawać nowe rzeczy. Dziecko, które już się przemieszcza swobodnie - jeszcze na czterech, ale do samodzielnego chodzenia na dwóch nóżkach mu niedaleko.
No więc pewnego dnia Dziecko dostało Tucusia w ramach poznawania nowych przedmiotów, zabawek. Wyraz zachwytu w oczach małej dziewczynki - bezcenny :-) Miś jednak nie trafił do zestawu innych zabawek Dziecka, ale wrócił na półkę Cioci, co Mała doskonale zapamiętała. Zapamiętała i dwa dni później doczworakowała się do pokoju Cioci, usiadła i wyciągnęła ręce w stronę pluszaka. Znak, że chce go dostać. Ale przecież maskotki odmawiać nie będę. I tak przy kazdej wizycie. Fajnie, ze Tucuś dla Dziecka równiez jest wazny - choć nie mam złudzeń: jeszcze nie wybrała sobie pluszowego przyjaciela na dobre i na złe.
Ostatnia, jedną z ulubionych zabawek Małej jest robienie "bach bach" czyli wypuszczanie zabawek z rączki. A najlepiej gdy "bach bach" robi się stojąc na wersalce a zabawki trafiają za jej oparcie. Kilka dni temu Dziecko "schowało" Tucusia do "szafy" za wersalką tuż przed swoim wyjściem - trzeba było potem wszystko ułożyć na swoje miejsca. Gdy wyjęłam Tucusia - żal mi się go zrobiło... i aż go pogłaskałam czule. Wiem, wiem - infantylne trochę, ale w tym momencie przyfrunęły do mnie wspomnienia lat dziecięcych i ważnych zabawek, zabaw, przedmiotów, obrazów, dźwięków. Tucuś należy do tego minionego świata. Nie chcę do niego wracać, ale dobrze o nim pamiętać...
I Piesek, i Tucuś należą do tego świata.
Także torba ze zdjęciem dziewczynki, z którą to dziewczynką zaprzyjaźniłam się nie tylko ja, ale i moja koleżanka z ławki.
Poza tym film animowany o dwóch niedźwiadkach, których mamę zabili łowczy - tytułu nie pamiętam...
To tylko początek listy. Mojej listy. Bo na przykład Sebastianowi wróciły wspomnienia związane z "Bajkami samograjkami". Każdy z nas ma swoje ważne miejsca, przedmioty, obrazy i dźwięki...

czwartek, 5 czerwca 2008

miesiąc miodowy

Nawet nie wiem jak... nawet nie wiem kiedy... ale czas ucieka... Prawie nie rozróżniam dni tygodnia... Prawie nie odróżniam tygodnia od tygodnia... Nie żeby mnie to martwiło... Miło pracować, miło mieć tyle zajęcia... I wiem, że w pracy nie ma tak, że same sukcesy... To nie jest mozliwe. Stram się jednak nie popelniać błędów. Nie wiem na ile moje odczucia są prawidłowe, ale czuję się cały czas na cenzurowanym... Na pewno jestem sprawdzan, oceniana - taki urok początków. Nie wiem tylko na ile będzie to miało wpływ na moje przyszłe zatrudnienie... Nie daję sobie prawa do popełniania błędów. Ale nie mogę umieć wszystkiego... Nie wszystko do razu może mi wychodzić. I niestety - od kilku dni nie wychodzi rewelacyjnie. I - niestety - nie mogę zwalić winy na czynniki obiektywne. Popełniam błędy. Choć nie mogę ich popełniać...