poniedziałek, 10 listopada 2008

public relation

Z racji służbowych obowiązków, wmanewrowania się w dodatkową działalność i z własnej ciekawości, zgłębiam ostatnimi czasy tajniki marketingu szeroko rozumianego. Specjalistką jednak nie jestem. Pewne zasady jednak poznałam i poznaję nadal.
Specjalistką nie jestem, ale niektóre techniki negocjacji czy perswazji jestem w stanie rozpoznać. I denerwuje mnie, że w relacjach zupełnie prywatnych ktoś próbuje je stosować. Czyż nie można przyjaźnić się tak po prostu? Bez marketingowych sztuczek? Dlaczego nie poprosić kogoś znajomego o przysługę tak zwyczajnie - bez negocjacyjnych technik?
Dziś byli u mnie R. i I. Lubię ich... Ale wiem, że niejednokrotnie stosują wobec mnie różnego rodzaju techniki i metody marketingowe... Szkoda...

Proszę, oswój mnie...

Łatwo daję się oswoić. Choć bywam dość dzika.
I chcę oswajać innych.
A potem trzeba odejść... Albo odchodzi ktoś. I pozostaje pustka. Smutna pustka po kimś, kto być powinien. Bo nie po to się oswajaliśmy, aby odejść - tak po prostu. Zostaje tylko szum wiatru, kolor zboża, jakikolwiek drobiaz, który nie pozwala zapomnieć... I dobrze. Bo nie po to się oswajaliśmy, aby zapomnieć. Nawet jeśli pamięć bywa bolesna...
Dlaczego zatem dostałam spinkę? Aby nie pamiętać??
Dlaczego zabrakło spojrzenia w oczy? Coś mi się tu nie zgadza...
--------------------------------------------------------------------------



Wtedy pojawił się lis.
- Dzień dobry - powiedział lis.
- Dzień dobry - odpowiedział grzecznie Mały Książę i obejrzał się, ale nic nie dostrzegł.
- Jestem tutaj - posłyszał głos - pod jabłonią!
- Ktoś ty? - spytał Mały Książę. - Jesteś bardzo ładny...
- Jestem lisem - odpowiedział lis.
- Chodź pobawić się ze mną - zaproponował Mały Książę. - Jestem taki smutny...
- Nie mogę bawić się z tobą - odparł lis. - Nie jestem oswojony.
- Ach, przepraszam - powiedział Mały Książę. Lecz po namyśle dorzucił: - Co znaczy "oswojony"?
- Nie jesteś tutejszy - powiedział lis. - Czego szukasz?
- Szukam ludzi - odpowiedział Mały Książę. - Co znaczy "oswojony"?
- Ludzie mają strzelby i polują - powiedział lis. - To bardzo kłopotliwe. Hodują także kury, i to jest interesujące. Poszukujesz kur?
- Nie - odrzekł Mały Książę. - Szukam przyjaciół. Co znaczy "oswoić"?
- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane - powiedział lis. - "Oswoić" znaczy "stworzyć więzy".
- Stworzyć więzy?
- Oczywiście - powiedział lis. - Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.

- Zaczynam rozumieć - powiedział Mały Książę. - Jest jedna róża... zdaje mi się, że ona mnie oswoiła...
- To możliwe - odrzekł lis. - Na Ziemi zdarzają się różne rzeczy...
- Och, to nie zdarzyło się na Ziemi - powiedział Mały Książę.

Lis zaciekawił się:
- Na innej planecie?
- Tak.
- A czy na tej planecie są myśliwi?
- Nie.
- To wspaniałe! A kury?
- Nie.
- Nie ma rzeczy doskonałych - westchnął lis i zaraz powrócił do swej myśli: - Życie jest jednostajne. Ja poluję na kury, ludzie polują na mnie. Wszystkie kury są do siebie podobne i wszyscy ludzie są do siebie podobni. To mnie trochę nudzi. Lecz jeślibyś mnie oswoił, moje życie nabrałoby blasku. Z daleka będę rozpoznawał twoje kroki - tak różne od innych. Na dźwięk cudzych kroków chowam się pod ziemię. Twoje kroki wywabią mnie z jamy jak dźwięki muzyki. Spójrz! Widzisz tam łany zboża? Nie jem chleba. Dla mnie zboże jest nieużyteczne. Łany zboża nic mi nie mówią. To smutne! Lecz ty masz złociste włosy. Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum wiatru w zbożu...

Lis zamilkł i długo przypatrywał się Małemu Księciu.
- Proszę cię... oswój mnie - powiedział.
- Bardzo chętnie - odpowiedział Mały Książę - lecz nie mam dużo czasu. Muszę znaleźć przyjaciół i nauczyć się wielu rzeczy.
- Poznaje się tylko to, co się oswoi - powiedział lis. - Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół. Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!
- A jak się to robi? - spytał Mały Książę.
- Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumień. Lecz każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej...
Następnego dnia Mały Książę przyszedł na oznaczone miejsce.
- Lepiej jest przychodzić o tej samej godzinie. Gdy będziesz miał przyjść na przykład o czwartej po południu, już od trzeciej zacznę odczuwać radość. Im bardziej czas będzie posuwać się naprzód, tym będę szczęśliwszy. O czwartej będę podniecony i zaniepokojony: poznam cenę szczęścia! A jeśli przyjdziesz nieoczekiwanie, nie będę mógł się przygotowywać... Potrzebny jest obrządek.
- Co znaczy "obrządek"? - spytał Mały Książę.
- To także coś całkiem zapomnianego - odpowiedział lis. - Dzięki obrządkowi pewien dzień odróżnia się od innych, pewna godzina od innych godzin. Moi myśliwi, na przykład, mają swój rytuał. W czwartek tańczą z wioskowymi dziewczętami. Stąd czwartek jest cudownym dniem! Podchodzę aż pod winnice. Gdyby myśliwi nie mieli tego zwyczaju w oznaczonym czasie, wszystkie dni byłyby do siebie podobne, a ja nie miałbym wakacji.
W ten sposób Mały Książę oswoił lisa. A gdy godzina rozstania była bliska, lis powiedział:
- Ach, będę płakać!
- To twoja wina - odpowiedział Mały Książę - nie życzyłem ci nic złego. Sam chciałeś, abym cię oswoił...
- Oczywiście - odparł lis.
- Ale będziesz płakać?
- Oczywiście.
- A więc nic nie zyskałeś na oswojeniu?
- Zyskałem coś ze względu na kolor zboża - powiedział lis, a później dorzucił: - Idź jeszcze raz zobaczyć róże. Zrozumiesz wtedy, że twoja róża jest jedyna na świecie. Gdy przyjdziesz pożegnać się ze mną, zrobię ci prezent z pewnej tajemnicy.
Mały Książę poszedł zobaczyć się z różami.
- Nie jesteście podobne do mojej róży, nie macie jeszcze żadnej wartości - powiedział różom. Nikt was nie oswoił i wy nie oswoiłyście nikogo. Jesteście takie, jakim był dawniej lis. Był zwykłym lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz zrobiłem go swoim przyjacielem i teraz jest dla mnie jedyny na świecie.
Róże bardzo się zawstydziły.
- Jesteście piękne, lecz próżne - powiedział im jeszcze. - Nie można dla was poświęcić życia. Oczywiście moja róża wydawałaby się zwykłemu przechodniowi podobna do was. Lecz dla mnie ona jedna ma większe znaczenie niż wy wszystkie razem, ponieważ ją właśnie podlewałem. Ponieważ ją przykrywałem kloszem. Ponieważ ją właśnie osłaniałem. Ponieważ właśnie dla jej bezpieczeństwa zabijałem gąsienice (z wyjątkiem dwóch czy trzech, z których chciałem mieć motyle). Ponieważ słuchałem jej skarg, jej wychwalań się, a czasem jej milczenia. Ponieważ... jest moją różą.
Powrócił do lisa.
- Żegnaj - powiedział.
- Żegnaj - odpowiedział lis. - A oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
- Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.
- Twoja róża ma dla ciebie tak wielkie znaczenie, ponieważ poświęciłeś jej wiele czasu.
- Ponieważ poświęciłem jej wiele czasu... - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.
- Ludzie zapomnieli o tej prawdzie - rzekł lis. - Lecz tobie nie wolno zapomnieć. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę.
- Jestem odpowiedzialny za moją różę... - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.

czwartek, 6 listopada 2008

nie taki był plan

Nie taki był plan na dzisiejszy wpis.
Na planowany jednak czasu troszkę brakuje, ponieważ dłuzszy się zapowiadał. A poczekać może.
Nieplanowany spowodwany jest przeczytanym - troszkę przypadkowo - zdaniem. Wypowiedzią, która zabolała... Bo kolano już nie boli... Boli smutek... Nie przypuszczałam, że może boleć aż tak.

niedziela, 26 października 2008

pourlopowo

Można się dziwić, że wybrałam końcówkę października na wyjazd wakacyjny. Ale chyba wybrałam jak mogłam najlepiej… Pogoda mi dopisała. Za taką złotą polską jesienią tęskniłam… A spędzić taki czas w Krakowie… Choć przez chwilę…
To była cudna chwila. Nigdzie się spieszyć nie musiałam. Pójść mogłam gdzie chciałam… Gdy ma się wyznaczony czas, albo jest się z grupą, taka wolność nie jest możliwa… Więc chodziłam… Kilkanaście razy wzdłuż Floriańskiej… :-) Niewiele osób może zrozumieć po co. I dlaczego to jest takie zabawne i urocze.
W Krakowie odetchnęłam… To był czas kiedy nie musiałam się trzymać, a jednak się trzymałam. To był dobry czas.
W Lublinie odkryłam – ze zdziwieniem i pewną ulgą – że z moją uczelnią już nie wiąże mnie nic. Oczywiście, pozostają miłe wspomnienia i dobre znajomości. Niemniej, ta niewidzialna nić, która mnie dotychczas z KUL-em łączyła, została zerwana na dobre. Już mnie to nie męczy.
To był czas, kiedy powinnam rozmawiać. Nie odważyłam się jednak. Mój brak gotowości został zrozumiany, ale kiedyś trzeba będzie… I to będzie bolało bardziej niż w tej chwili kolano…
Szkoda, że cały ten wyjazd nie odbył się w dokładnie odwrotnej kolejności… Wówczas już na początku wydarzyłoby się to, co wydarzyło się na końcu… Pewnie ułatwiłoby mi to decyzję o rozmowie w Lublinie…
I wróciłabym wypoczęta…
Bo choć dni w Poznaniu i Warszawie były przemiłe, to… To dzisiejszy poranek zburzył to wszystko, co osiągnęłam w przeciągu kilku ostatnich miesięcy… Dzisiejszy poranek wykorzystał cały zapas krakowskiej energii…
Głupie i niepotrzebne oszustwo… Jakby nie można było powiedzieć o wątpliwościach wcześniej… Jakby wcześniej nie można było powiedzieć o oczekiwaniach… Obyłoby się bez stłuczonego kolana i obitej ręki…

niedziela, 21 września 2008

Karp

W tym tygodniu było ciemno i zimno... Po powrocie z pracy miałam ochotę na herbatkę z sokiem malinowym, ksiązżkę i kocyk :-) Popołudniami ubierałam cieplutki sweterek domowy, słuchałam radia i czekałam na "Karpia" w Trójce... Jakby to był okres przedbozżonarodzeniowy... A jeszcze mamy lato :-)

piątek, 12 września 2008

opowieść nieprawdziwa

W ogrodzie bywała każdego dnia, by pielęgnować swe róże. Ich wielość i piękno każdego dnia fascynowały ją na nowo. Pośród swych kwiatów spędzała wiele godzin. Przechadzała się pośród krzewów, gładziła kwiaty, rozmawiała czule z pąkami. Zachwycała się ich wyglądem i zapachem. Nigdy nie mogła nacieszyć się tą feerią barw.
Sama zawsze była w bieli.
W ogrodzie bywała każdego dnia, by przyjrzeć się Morzu, które ją przyzywało. Przypatrywała się mewom. Zachwycała się ich zwinnością i wolnością. Podziwiała ich siłę i upór.
Martwiła się o jedną z nich. O mewę ze złamanym skrzydłem, która przestała latać. Wołała, że mewy muszą latać, że i ona pewnego dnia pofrunie.
W ogrodzie bywała każdego dnia, by poczuć dotyk i zapach Wiatru. Był on przyjacielem i Morza i róż.
Każdego dnia Wiatr zachęcał ją do tańca.
Melancholijnego…
Onirycznego…
Tańczyła więc w zwiewnej sukience, z rozpuszczonymi włosami pośród ogrodu różanego…
Ale Wiatr tego nie widział gnany ku Jesieni, ku Białemu Ptakowi…

czwartek, 4 września 2008

...

Ja też zasługuję na to, by dać mi wszystko... by dać mi cokolwiek...

niedziela, 31 sierpnia 2008

każdy krok

Nadal jeszcze się zdarza, że zrobienie kroku, wykonanie gestu jakiegolkolwiek wydaje się być zadaniem ponad siły. Ciągle jeszcze bywają dni kiedy zaszyłabym się w domu i nikomu nie pokazywała...
Ale jutro trzeba będzie wstać i zawalczyć...

sobota, 30 sierpnia 2008

pod kloszem

Moja koleżanka z seminarium (szkoda, że się nie podpisałaś) napisała w komentarzu, że mogłaby mi wiele powiedzieć o życiu poza uniwersyteckim kloszem. Zapewne. Dwie jednak myśli w związku z tym wpisem mi się urodziły.
Po pierwsze - ja też wiem jak to jest wyjść spod opiekuńczych skrzydeł Alma Mater. Przecież nie zostałam i nie udaję, że nic się nie zmieniło. Zmieniło się. I to wiele.
Po drugie - każdy z nas to odejście przeżywa inaczej. Drogi każdego z nas układają się inaczej. Każde z nas przeżywa wzloty i upadki. Ba, przejście w dorosłe życie dla każdego jest trudne. Nie jest ważne czy jest się absolwentem KUL czy UMK, czy technikum...
Czasami myślę, że wybór uczelni i kierunku studiów był wyborem nietrafionym. Prawdopodobnie, gdybym posiadała obecną wiedzę wybrałabym inaczej kierunek studiów. A jeśli nawet byłaby to nadal teologia, to inaczej skanalizowałabym moja aktywność pozazajęciową. Dziesięć lat temu jednak obecnej wiedzy nie posiadałam i jestem przekonana, że mój ówczesny wybór był najlepszym z możliwych i dostatecznie rozeznany.
Zapewne, KUL był (nadal jest?) swego rodzaju kloszem. W komentarzu pojawiło się jednak dobre słowo - inkubator. A inkubator jest po to, by przygotować do dalszego, samodzielnego życia. Inkubator jest po to, by dać siłę niewykształconym jeszcze organizmom. I właśnie tak myślę - KUL, teologia dały nam narzędzia do tego, by odnaleźć się w pouczelnianym życiu.
Kiedy myślałam o komentarzu, który się tu pojawił, stwierdziłam, że KUL to był też "świat". Tyle, że w miniaturze. Polityka i intrygi, miłość i nienawiść, moralność i jej brak... Wszystko można było znaleźć. To od nas konkretnie zależało jak w tym świecie się zachowamy. Czy pozostaniemy przyzwoitymi ludźmi czy też nie... Studia się się skończyły. Nasze światy się nieco przeniosły, ale wybór pozostał ten sam: przyzwoitość czy pójście na moralne układy...
Zmieniły się miejsca i zadania, reszta pozostała niezmieniona...

sobota, 23 sierpnia 2008

urlop

Planowałam nieco dłuższy wyjazd. Ale dobrych i kilka dni :-)