środa, 10 grudnia 2008

gra

Tyle pytań - tak mało odpowiedzi. Tyle zadań - tak mało czasu. Tyle spraw - tak mało rozwiązań. Ostatnio zajmuje mnie kwestia relacji międzyludzkich i swego rodzaju gier interpersonalnych. Czy chcę powiedzieć, że ludzi udają i grają? Zapewne zdarza się, że czynią to umyślnie, by zmylić, by oszukać... Jako niepoprawna optymistka jestem zdania, że ludzie nie udają, jestem jednak przekonana, że każdy człowiek wchodzi w określone role, w określonych sytuacjach. Psychologia społeczna się kłania.
Co jednak zrobić gdy relacja między ludźmi - z konieczności dynamiczna - zmienia się na tyle, że w tej nowej sytuacji trudno się odnaleźć? Gdy trudno zachować się naturalnie? Gdy trzeba uważać na każde pytanie i stwierdzenie, aby nie zostało odebrane jako atak, by wysilać się, aby zostać dobrze zrozumianym, podczas gdy jeszcze kilka dni, tygodni wcześniej tak szczegółowe wyjaśnienia nie były konieczne.
Co zrobić w sytuacji, gdy jakaś relacja naturalnie wygasła i ludzie, mniej lub bardziej przypadkiem, spotykają się po latach. Będąc w świetnej komitywie n lat temu, teraz nie bardzo wiedzą jak się zachować w swoim towarzystwie...
Co zrobić, gdy dusza krwawi, a przyjaciela brak...

piątek, 5 grudnia 2008

piosenka dnia...

http://www.youtube.com/watch?v=oHbGP01Xnws

Nie pytajcie dlaczego. Nie ma racjonalnego powodu. Po prostu przypałętała się już wczoraj wieczorem.

wtorek, 2 grudnia 2008

zmywanie naczyń, czyli jestem feministką

W czasach prehistorycznych, kiedy studiowałam i mieszkałam w Lublinie, moje współlokatorki toczyły ze mną nieustającą wojnę o brudne kubki i talerze. Nie, żebym była bałaganiarą. Po prostu w moim towarzystwie zabrudzone naczynia nie miały mozliwości się uchować. Pomimo próśb i gróźb stawałam przy zlewie i myłam. A już najszczęśliwa byłam przy okazji organizowanych przez nas spotkań towarzyskich... Tyle naczyń do umycia...
Teraz wojny toczą ze mną kolżanki z pracy... Może nie tak intensywne, ale jednak.
Cóż ja jednak poradzę na to, że lubię zmywać naczynia? Cóż ja poradzę na to, iż to zajęcie mnie odpręża? Jednak "tradycyjne" (świadomie to słowo umieszczone jest w cudzysłowie) pojmowanie roli kobiety, budzi mój sprzeciw. Jak jednak nie chcę, aby kobieta była przez siłę zaganiana do przysłowiowych garów, tak nie godzę się, by była zmuszana do zasiadania na współczesne traktory. Mam tu na myśli obowiązkowe robienie kariery w korporacjach i zapominanie o swej kobiecości.
Do szpiku kości wkurza mnie męski szowinizm (nawet jeśli wydanie jest damskie). O ile będzie to możliwe, będę broniła Maleńkiej przed wpychaniem jej w 'tradycyjną" rolę kobiety - choć musi wiedzieć do czego służy pralka, odkurzacz, itd. Ale równie mocno gardzę tym wydaniem feminizmu, który ja - na własny użytek? - nazywam antymaskulinizmem.
Nie chcę, jako kobieta, być wpychana na siłę w jakąkolwiek rolę. Nie chcę, by ktokolwiek mi mówił, że jeżeli chcę być kobietą nowoczesną, to mam się godzić i nawoływać do aborcji na przykład. Że to niby wyraz tolerancji, wolności i współczesności. Nie chcę, by ktokolwiek na mnie krzywo patrzył, ponieważ jestem sama i czerpię przyjemność z pracy zawodowej.
90 lat temu kobietom zostały przyznane tzw. prawa podstawowe, w tym prawo udziału w wyborach. Szkoda, że to prawo nie zawsze i nie do końca ma zastasowanie w codziennym życiu. Ponieważ ja chcę mieć wybór. Przecież mogę lubić zmywać naczynia robiąc karierę zawodową. A jeżeli zechcę - mogę poświęcić się cała rodzinie i życiu domowemu. Albo wspomnianej karierze. I nikomu nic do tego (o ile to wybór świadomy i rozpoznany).
A na koniec moje motto:
Kobieta ma być kobietą. Tylko tyle i aż tyle.

niedziela, 23 listopada 2008

dwie ambony

Kilka dni temu zorganizowaliśmy, w ramach Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości, dyskusję pt. Dwie ambony. Ta, wzorowana na średniowiecznych dysputach, inicjatywa poświęcona była roli pieniądza i człowieka w świecie. Abstrahuję od argumentów używanych przez kontrlokutowów i od tego, czy w ogóle mówili na temat.
To wydarzenie, jak i dzisiejsza Ewangeila sprawiły, iż przemknęła mi przez głowę myśl: a co, jeśli prawo jest tak skonstrułowane, że prowadzi do nadużyć. W Polsce takie przepisy są na porządku dziennym. Jak tworzyć prawo, aby było zarówno solidarne społecznie, jak i promowało przedsiębiorczość? Czy to w ogóle możliwe? Czy to w ogóle potrzebne?
Czy solidarność społeczna (w polskim wydaniu) jest rzeczywiście sprawiedliwością i solidarnością? Do jakiego momentu przedsiębiorczość i liberalizm gospodarczy jest do zaakceptowania przez chrześcijaństwo? Czy polska wersja solidarności społecznej jest do zaakceptowania przez chrześcijańststwo?
Jak przestrzegać prawa, które, w moim przekonaniu, ze sprawiedliwością i solidarnością nie mają wiele wspólnego...?

środa, 19 listopada 2008

zajeżdżanie osiołka

Był czas kiedy mój kalendarz był po brzegi wypełniony. Dzień za dniem, godzina za godziną... To było miłe. Jak się (s)kończyło to zupełnie inna historia... Robienie kilku rzeczy jednocześnie było standardem. Teraz wiem, że nie mogę zaniedbać moich obowiązków zawodowych. Za wiele mnie kosztowało znalezienie tego miejsca. W związku z tym pewna lojalność mnie obowiązuje (poza wszystkim innym). Nie wspomnę o tym, że bardzo dużo się uczę, że zdobywam tak potrzebne doświadczenie.
Inne projekty też wymagają mojego zaangażowania. Tym bardziej, że za Klub Cashflow jestem osobiście odpowiedzialna, że chciałam go założyć.
Cieszy mnie ta wielość zajęć... Ale i martwi nieco... a w zasadzie napawa mnie małym lękiem. Tym razem jednak powinnam jednak nieco bardziej uważać na moje fizyczne możliwości. Nie można zajeżdżać osiołka...

wtorek, 11 listopada 2008

Prywatna rozmowa

Przyszło. Jak zwykle to stan niechciany, choć nie do końca niespodziewany. Rzadko przychodzi znienacka. Jest jak burza. Słyszy się ją z daleka i czeka na kulminację. Więc wiedziałam, że nadchodzi. I oto jest. Zatrzymuje oddech... Wstrzymuje kroki... Nie pozwala ruszać się z fotela... Zsyła sen niepokojący i niespokojny... Każe z tęsknotą myśleć o maleńkiej buteleczce stojącej w barku...
A jutro trzeba będzie wstać. Trzeba będzie być uśmiechniętą i skuteczną. Zadaniowość pomoże przetrwać nawałnicę. I burza odejdzie. Powoli, ale odejdzie... Do następnego razu.

poniedziałek, 10 listopada 2008

public relation

Z racji służbowych obowiązków, wmanewrowania się w dodatkową działalność i z własnej ciekawości, zgłębiam ostatnimi czasy tajniki marketingu szeroko rozumianego. Specjalistką jednak nie jestem. Pewne zasady jednak poznałam i poznaję nadal.
Specjalistką nie jestem, ale niektóre techniki negocjacji czy perswazji jestem w stanie rozpoznać. I denerwuje mnie, że w relacjach zupełnie prywatnych ktoś próbuje je stosować. Czyż nie można przyjaźnić się tak po prostu? Bez marketingowych sztuczek? Dlaczego nie poprosić kogoś znajomego o przysługę tak zwyczajnie - bez negocjacyjnych technik?
Dziś byli u mnie R. i I. Lubię ich... Ale wiem, że niejednokrotnie stosują wobec mnie różnego rodzaju techniki i metody marketingowe... Szkoda...

Proszę, oswój mnie...

Łatwo daję się oswoić. Choć bywam dość dzika.
I chcę oswajać innych.
A potem trzeba odejść... Albo odchodzi ktoś. I pozostaje pustka. Smutna pustka po kimś, kto być powinien. Bo nie po to się oswajaliśmy, aby odejść - tak po prostu. Zostaje tylko szum wiatru, kolor zboża, jakikolwiek drobiaz, który nie pozwala zapomnieć... I dobrze. Bo nie po to się oswajaliśmy, aby zapomnieć. Nawet jeśli pamięć bywa bolesna...
Dlaczego zatem dostałam spinkę? Aby nie pamiętać??
Dlaczego zabrakło spojrzenia w oczy? Coś mi się tu nie zgadza...
--------------------------------------------------------------------------



Wtedy pojawił się lis.
- Dzień dobry - powiedział lis.
- Dzień dobry - odpowiedział grzecznie Mały Książę i obejrzał się, ale nic nie dostrzegł.
- Jestem tutaj - posłyszał głos - pod jabłonią!
- Ktoś ty? - spytał Mały Książę. - Jesteś bardzo ładny...
- Jestem lisem - odpowiedział lis.
- Chodź pobawić się ze mną - zaproponował Mały Książę. - Jestem taki smutny...
- Nie mogę bawić się z tobą - odparł lis. - Nie jestem oswojony.
- Ach, przepraszam - powiedział Mały Książę. Lecz po namyśle dorzucił: - Co znaczy "oswojony"?
- Nie jesteś tutejszy - powiedział lis. - Czego szukasz?
- Szukam ludzi - odpowiedział Mały Książę. - Co znaczy "oswojony"?
- Ludzie mają strzelby i polują - powiedział lis. - To bardzo kłopotliwe. Hodują także kury, i to jest interesujące. Poszukujesz kur?
- Nie - odrzekł Mały Książę. - Szukam przyjaciół. Co znaczy "oswoić"?
- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane - powiedział lis. - "Oswoić" znaczy "stworzyć więzy".
- Stworzyć więzy?
- Oczywiście - powiedział lis. - Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.

- Zaczynam rozumieć - powiedział Mały Książę. - Jest jedna róża... zdaje mi się, że ona mnie oswoiła...
- To możliwe - odrzekł lis. - Na Ziemi zdarzają się różne rzeczy...
- Och, to nie zdarzyło się na Ziemi - powiedział Mały Książę.

Lis zaciekawił się:
- Na innej planecie?
- Tak.
- A czy na tej planecie są myśliwi?
- Nie.
- To wspaniałe! A kury?
- Nie.
- Nie ma rzeczy doskonałych - westchnął lis i zaraz powrócił do swej myśli: - Życie jest jednostajne. Ja poluję na kury, ludzie polują na mnie. Wszystkie kury są do siebie podobne i wszyscy ludzie są do siebie podobni. To mnie trochę nudzi. Lecz jeślibyś mnie oswoił, moje życie nabrałoby blasku. Z daleka będę rozpoznawał twoje kroki - tak różne od innych. Na dźwięk cudzych kroków chowam się pod ziemię. Twoje kroki wywabią mnie z jamy jak dźwięki muzyki. Spójrz! Widzisz tam łany zboża? Nie jem chleba. Dla mnie zboże jest nieużyteczne. Łany zboża nic mi nie mówią. To smutne! Lecz ty masz złociste włosy. Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum wiatru w zbożu...

Lis zamilkł i długo przypatrywał się Małemu Księciu.
- Proszę cię... oswój mnie - powiedział.
- Bardzo chętnie - odpowiedział Mały Książę - lecz nie mam dużo czasu. Muszę znaleźć przyjaciół i nauczyć się wielu rzeczy.
- Poznaje się tylko to, co się oswoi - powiedział lis. - Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół. Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!
- A jak się to robi? - spytał Mały Książę.
- Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumień. Lecz każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej...
Następnego dnia Mały Książę przyszedł na oznaczone miejsce.
- Lepiej jest przychodzić o tej samej godzinie. Gdy będziesz miał przyjść na przykład o czwartej po południu, już od trzeciej zacznę odczuwać radość. Im bardziej czas będzie posuwać się naprzód, tym będę szczęśliwszy. O czwartej będę podniecony i zaniepokojony: poznam cenę szczęścia! A jeśli przyjdziesz nieoczekiwanie, nie będę mógł się przygotowywać... Potrzebny jest obrządek.
- Co znaczy "obrządek"? - spytał Mały Książę.
- To także coś całkiem zapomnianego - odpowiedział lis. - Dzięki obrządkowi pewien dzień odróżnia się od innych, pewna godzina od innych godzin. Moi myśliwi, na przykład, mają swój rytuał. W czwartek tańczą z wioskowymi dziewczętami. Stąd czwartek jest cudownym dniem! Podchodzę aż pod winnice. Gdyby myśliwi nie mieli tego zwyczaju w oznaczonym czasie, wszystkie dni byłyby do siebie podobne, a ja nie miałbym wakacji.
W ten sposób Mały Książę oswoił lisa. A gdy godzina rozstania była bliska, lis powiedział:
- Ach, będę płakać!
- To twoja wina - odpowiedział Mały Książę - nie życzyłem ci nic złego. Sam chciałeś, abym cię oswoił...
- Oczywiście - odparł lis.
- Ale będziesz płakać?
- Oczywiście.
- A więc nic nie zyskałeś na oswojeniu?
- Zyskałem coś ze względu na kolor zboża - powiedział lis, a później dorzucił: - Idź jeszcze raz zobaczyć róże. Zrozumiesz wtedy, że twoja róża jest jedyna na świecie. Gdy przyjdziesz pożegnać się ze mną, zrobię ci prezent z pewnej tajemnicy.
Mały Książę poszedł zobaczyć się z różami.
- Nie jesteście podobne do mojej róży, nie macie jeszcze żadnej wartości - powiedział różom. Nikt was nie oswoił i wy nie oswoiłyście nikogo. Jesteście takie, jakim był dawniej lis. Był zwykłym lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz zrobiłem go swoim przyjacielem i teraz jest dla mnie jedyny na świecie.
Róże bardzo się zawstydziły.
- Jesteście piękne, lecz próżne - powiedział im jeszcze. - Nie można dla was poświęcić życia. Oczywiście moja róża wydawałaby się zwykłemu przechodniowi podobna do was. Lecz dla mnie ona jedna ma większe znaczenie niż wy wszystkie razem, ponieważ ją właśnie podlewałem. Ponieważ ją przykrywałem kloszem. Ponieważ ją właśnie osłaniałem. Ponieważ właśnie dla jej bezpieczeństwa zabijałem gąsienice (z wyjątkiem dwóch czy trzech, z których chciałem mieć motyle). Ponieważ słuchałem jej skarg, jej wychwalań się, a czasem jej milczenia. Ponieważ... jest moją różą.
Powrócił do lisa.
- Żegnaj - powiedział.
- Żegnaj - odpowiedział lis. - A oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
- Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.
- Twoja róża ma dla ciebie tak wielkie znaczenie, ponieważ poświęciłeś jej wiele czasu.
- Ponieważ poświęciłem jej wiele czasu... - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.
- Ludzie zapomnieli o tej prawdzie - rzekł lis. - Lecz tobie nie wolno zapomnieć. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę.
- Jestem odpowiedzialny za moją różę... - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.

czwartek, 6 listopada 2008

nie taki był plan

Nie taki był plan na dzisiejszy wpis.
Na planowany jednak czasu troszkę brakuje, ponieważ dłuzszy się zapowiadał. A poczekać może.
Nieplanowany spowodwany jest przeczytanym - troszkę przypadkowo - zdaniem. Wypowiedzią, która zabolała... Bo kolano już nie boli... Boli smutek... Nie przypuszczałam, że może boleć aż tak.

niedziela, 26 października 2008

pourlopowo

Można się dziwić, że wybrałam końcówkę października na wyjazd wakacyjny. Ale chyba wybrałam jak mogłam najlepiej… Pogoda mi dopisała. Za taką złotą polską jesienią tęskniłam… A spędzić taki czas w Krakowie… Choć przez chwilę…
To była cudna chwila. Nigdzie się spieszyć nie musiałam. Pójść mogłam gdzie chciałam… Gdy ma się wyznaczony czas, albo jest się z grupą, taka wolność nie jest możliwa… Więc chodziłam… Kilkanaście razy wzdłuż Floriańskiej… :-) Niewiele osób może zrozumieć po co. I dlaczego to jest takie zabawne i urocze.
W Krakowie odetchnęłam… To był czas kiedy nie musiałam się trzymać, a jednak się trzymałam. To był dobry czas.
W Lublinie odkryłam – ze zdziwieniem i pewną ulgą – że z moją uczelnią już nie wiąże mnie nic. Oczywiście, pozostają miłe wspomnienia i dobre znajomości. Niemniej, ta niewidzialna nić, która mnie dotychczas z KUL-em łączyła, została zerwana na dobre. Już mnie to nie męczy.
To był czas, kiedy powinnam rozmawiać. Nie odważyłam się jednak. Mój brak gotowości został zrozumiany, ale kiedyś trzeba będzie… I to będzie bolało bardziej niż w tej chwili kolano…
Szkoda, że cały ten wyjazd nie odbył się w dokładnie odwrotnej kolejności… Wówczas już na początku wydarzyłoby się to, co wydarzyło się na końcu… Pewnie ułatwiłoby mi to decyzję o rozmowie w Lublinie…
I wróciłabym wypoczęta…
Bo choć dni w Poznaniu i Warszawie były przemiłe, to… To dzisiejszy poranek zburzył to wszystko, co osiągnęłam w przeciągu kilku ostatnich miesięcy… Dzisiejszy poranek wykorzystał cały zapas krakowskiej energii…
Głupie i niepotrzebne oszustwo… Jakby nie można było powiedzieć o wątpliwościach wcześniej… Jakby wcześniej nie można było powiedzieć o oczekiwaniach… Obyłoby się bez stłuczonego kolana i obitej ręki…