wtorek, 12 maja 2009

arabski arystokrata

Podczas pierwszego spotkania wydawało się, że to będzie całkiem normalna oferta pracy. No, może nie taka zupełnie normalna, ale nic znowu nadzwyczajnego. A wyszła z tego medialna i, w pewien sposób, międzynarodowa afera.
Oczywście, darmowa reklama to fajna sprawa, ale bycie szefem domu arabskiego arystokraty NIE JEST ofertą pracy jako opiekun australijskiej wyspy...

środa, 15 kwietnia 2009

ciąg dalszy nastąpił

Przeczytałam wczoraj raz jeszcze wpis o Kopciuszku i przypomniał mi się pewien wiersz. Podobno jest napisany przez Kochanowskiego, ale trudno to stwierdzić na pewno. Był czas kiedy ten wiersz poprawiał mi nastrój… Teraz jest jedynie (?) dalszym ciągiem dawnej refleksji…
Było sobie nic
Poszło sobie nigdzie
Smutno się zrobiło
Może jeszcze przyjdzie?
A gdyby nie przyszło?
A gdyby zwątpiło?
Nic by się nie stało
Lecz smutno by było
Więc z tego dla ciebie
Morał odpowiedni
Nawet będąc niczym
Można być potrzebnym

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Kopciuszek

Kopciuszek to baśń, która fascynuje mnie niemal od zawsze. I w niemal dowolnej formie. To opowieść, w której odnajduję siebie. Bynajmniej nie dlatego, że mam w życiu pod - przysłowiową - górkę. A już na pewno nie ze względu na pokręcone relacje rodzinne.
Z definicji w baśniach dobro zwycięża zło i w rezultacie wszyscy żyją długo i szczęśliwie... Jest to jednak jedna z niewielu historii, która mnie nie irytuje i której mogłabym słuchać często.
Dziś obejrzałam kolejną wariację filmową na temat. Żadne to dzieło sztuki, ale miło się oglądało.
Tak, od czasu do czasu warto taki film obejrzeć. Warto sobie przypomnieć, że nawet nieważne jest ważne...

piątek, 10 kwietnia 2009

strach i bezpieczeństwo

Od pewnego czasu nie wiedziałam co to strach – ten najbardziej doskwierający. Ten, który paraliżuje do szpiku kości.
Miałam nadzieję, że ten okres mam za sobą.
Okazuje się, że nie.
Okazuje się, że znowu się boję.
W kontekście Wielkiego Piątku ów strach nabiera zupełnie innego wymiaru, ale przecież wewnętrzny niepokój nie przyszedł nagle – przeczuwałam go wszak od pewnego czasu. Jak zwykle – nadchodził powoli, ale dawał o sobie znać.
Szukam swoich miejsc bezpiecznych. Tych wewnętrznych i tych zupełnie zewnętrznych, fizycznych. Dlatego znowu marzy mi się Kraków, dlatego przypomina mi się kaplica na Bazylianówce.
Myślę też o K., nawet jeśli to bezpieczeństwo jest niebezpieczne.

wtorek, 31 marca 2009

wspomnienia

Żałuję, ze nie mogę/nie potrafię wyciąć fragmentów mi niepotrzebnych... Ale i tak te trzy utwory układają się w historię... Moją historię...?

zadyszka

Przez chwilę wydawało mi się, że wszystko mogę. Przez chwilę bowiem mi się wydawało, że wszystko robi się samo i jakoś poza mną. Całkiem niedawno odkryłam, że to jednak nie jest prawda. Uświadomiłam to sobie i ta wiedza niemal udarzyła mnie w twarz...
Najzabawniejsze jest jednak to, że emocjonalnie nadal jestem gotowa na wielki wysiłek, że nadal jestem pełna optymizmu. Ale... to małe "ale" to mój organizm, który dostał zadyszki i nie nadąża za chęciami i emocjami.

poniedziałek, 9 lutego 2009

efekt domina

Energia to jedno, trudne sytuacje to zupełnie inna historia. Z pracowymi sobie radzę. Lepiej lub gorzej, ale problemy rozwiązuję. Niech ta energia do czegoś się przyda. Choć bywa tak, że kilka rzeczy spada jednocześnie, ale co tam...
Z osobistymi sprawami też sobie coraz lepiej radzę. Bywa ciężko. Niemniej jednak pagórki nie wydają się już być górami nie do przeskoczenia.
Zdarzają się jednak sytuacje, które spadają na mnie jak grom z jasnego nieba, które sprawiają, że nie wiem co powiedzieć i co zrobić. Sytuacje tym trudniejsze, że nic z nimi nie mogę zrobić, bo dotykają nie mnie bezpośrednio ale kogoś z mego otoczenia. A ból moich bliskich - rodziny, przyjaciół - jest dla mnie równie wielki, by nie powiedzieć, że większy, niż mój własny ból.
Nie mogę zrobić nic... poza dobrym słowem, poza dobrą myślą. A przecież z doświadczenia wiem, że dobre słowo w takiej poważnej sytuacji nie oznacza wiele (choć oznacza w zasadzie wszystko).
Nie mogę zrobić nic i to sprawia, że sytuacja ta z trudnej staje się dla mnie jeszcze trudniejsza...
Właśnie przeczytałam własne słowa i stwierdzam, że ktoś mógłby wysnuć wniosek, iż bardziej się przejmuję swoimi odczuciami, niż problemem drugiego człowieka, którym podobno się przejmuję... To nieprawda. To drugi człowiek i jego kłopot jest dla mnie ważniejszy, ale przecież nie nogę opisać i zanalizować w tym miejscu emocji drugiego człowieka...
No i właśnie nastał czas kiedy nie mogę zrobić nic...

sobota, 7 lutego 2009

afektywność dwubiegunowa

Napisałam tytuł i zastanawiam się czy takie słowo, w tym kontekście, w ogóle istnieje. Jak na kontrolera płynności i gramatyka robię zbyt dużo błędów językowych, zarówno w słowie pisanym, jak i mówionym. Problem polega na tym, że tylko z niektórych zdaję sobie sprawę, że tylko niektóre z nich zauważam. Pocieszam się myślą, że jednak polonistką nie jestem. Pocieszam się myślą, że Włosi, o ile w ogóle znają zasady gramatyki swojego jezyka, absolutnie się nimi nie przejmują i są szczęśliwi. Choć to ostatnie, to słaba pociecha...
Taka mała, choć ważna, dygresja.
Od pewnego, dłuzszego już, czasu mam mnóstwo pracy. I z perspektywy ilości oraz jakości zadań, czasami mocno wątpię w kryzys (którego swoją drogą nie neguję, choć mam swoje zdanie na jego temat).
Mam mnóstwo pracy i zdarza się, że padam na nos. Zatem nic dziwnego, że bywam mocno zmęczona, by nie powiedzieć wykończona. Jeszcze do niedawna tego rodzaju zmęczenie fizyczne sprawiało, że dopadały mnie stany depresyjne (jakby nie przychodziły niezależnie od ilości pracy).
Od pewnego jednak czasu ogrom pracy nakręca mnie jeszcze bardziej. Ilość wytwarzanej adrenaliny (czy aby na pewno to adrenalin, czy inny hormon?) jest niezwykle wysoka. Jestem pełna entuzjazmu - zapewne, także dlatego, że odnoszę niejakie sukcesy - i chęci do jeszcze większego wysiłku. Chodzę jak nakręcona. Żadna literatura motywacyjna nie jest mi konieczna w tym momencie.
Cieszy mnie to...
powinno martwić??

środa, 4 lutego 2009

Marian D.

Śmierć to zupełnie naturalna sprawa. Czasem, a nawet czesto, bywa jednak zaskakująca...
Pana Mariana - bo tak do siebie się zwracaliśmy - nigdy nie widziałam. Rozmawialiśmy wyłącznie przez telefon. Od czasu do czasu przez ostatnich kilka miesięcy. Zawsze sympatycznie, choć tematy niekoniecznie były sympatyczne...
I dziś dowiedziałam się, że pan Marian zmarł kilkanaście dni temu... Tak po prostu... We śnie... z zaskoczenia...
Dziwnie się z tą wiadomością czuję...

sobota, 3 stycznia 2009

literacka koherencja

Wiele lat temu przeczytałam ksiązżkę. Z niewyjaśnionych dla mnie wówczas powodów zaintrygował mnie pewien jej fragment i nawet go sobie wynotowałam. Przez cały ten czas nie był mi on do niczego potrzebny, choć przeglądając notatnik czasem na tych kilka zdań trafiałam.
Po latach przeczytałam inną książkę. Kilka akapitów natychmiast przywołało mi na pamięć tamten dawno nieczytany fragment. To tylko potwierdza tezę Zafona, że książki czasem wybieraja nas...
-----------------
„Czy nie odczuwasz, prowadząc szybko wóz w miejscach o dużym natężeniu ruchu, że to niebezpieczne igranie z życiem, chociaż każdy traktuje to jako rzecz naturalną? Kierowcy w samochodach i ciężarówkach robią wrażenie znudzonych, zajętych własnymi myślami i mających jedno tylko pragnienie: dojechać z A do B, a przecież w każdej chwili znajduje się o krok od śmierci. Wystarczy, że któryś obróci o parę centymetrów kierownicę nie w tę co trzeba stronę i już powstaje groźna kraksa. Lub kiedy jedzie się krętą szosą nad urwistym wybrzeżem i nagle człowiek uświadamia sobie, że wystarczy zdjąć ręce z kierownicy na jedną sekundę, żeby śmignąć z krawędzi szosy hen, w powietrze. Aż przeraża wtedy sama myśl, że to taki prosty, szybki, ale nieodwracalny manewr. Wydało mi się, iż właśnie coś takiego wtedy zrobiłam, z tą tylko różnicą, że zboczyłam z drogi nie ku śmierci, ale ku życiu.
(…)
Ja tylko zdjęłam ręce z kierownicy – powiedziała Joy – i razem tobą przekroczyłam ową krawędź urwiska.”
D. Lodge, Mały światek
----------------------
„Ujrzał na moment swoje życie z innej, odległej perspektywy, jakby patrzył na nie przez odwróconą lornetkę. Miał wrażenie, że dotąd ślizgał się po jego szklistej powierzchni, jak nartnik po gładkiej tafli wody, niezdolny, by zanurzyć się w głąb, zaczerpnąć głęboki haust i, niechby nawet, utopić się, ale żeby chociaż to było prawdziwe. Przez tę krótką chwilę rozumiał, co złego wydarzyło się w jego przeszłości, pojmował, że zabrakło mi odwagi, żeby powiedzieć „nie” i żeby krzyczeć „tak”, jak choćby wtedy wiosną, w nasiąkniętej wodą Brukseli. Nie potrafił przyjąć dobra i piękna tam, gdzie chciano go nim obdarować. Odsuwał je od siebie pełen strachu przed całkowitym zbliżeniem i zjednoczeniem się z innym człowiekiem. Ze strachu przed otworzeniem się przed kimś do końca. Z lęku przed miłością. Zrozumiał, że nieprzypadkowo najbardziej pragnął kobiet, których nigdy nie mógł mieć, bo główny nurt ich życia toczył się gdzieś obok. Pozwalało mu to przeżywać emocje, unikając jednak głębszego zaangażowania, bo były to historie miłosne na niby. Czasem barwne i pełne uniesień, ale nieprawdziwe, bo z góry skazane na niespełnienie. Bezpiecznie puste wydmuszki rzeczywistości miłości. Co prawda, w ich zimnym ogniu nie można było spłonąć na popiół, ale nie pozwalały też, by powstać jak feniks. Kiedy zaś przychodziła chwila, że trzeba było wybierać i albo poddać się szaleństwu i uczuciu, albo pogrążyć w melancholii niespełnienia, to w końcu wybierał to drugie, bo nie wierzył w siebie, nie wierzył w miłość.
(…)
Pajacowanie przed samym sobą pozwalało nie pamiętać z pełną ostrością tego, co przydarzyło mu się przed chwilą. Wiedział dobrze, że nabyta właśnie wiedza o sobie nie opuści go, że wystarczy trochę obniżyć gardę i celnie wyprowadzony cios znowu dosięgnie go prosto między oczy, bo nie ma ucieczki przed samym sobą. Wszyscy oszukujemy się i żyjemy jakby na cudzy rachunek, ale w głębi duszy wiemy, że nie ma od siebie ucieczki. Za plecami zawsze skrada się nasz cień, gotów w każdej chwili skoczyć nam do gardła. Chyba wiedział to wszystko wcześniej, przeczuwał może raczej, tętniło to w nim jak duże naczynie prężące się pod skórą, niewidoczne jednak wyraźnie na powierzchni.”
J. Kalinowski, Kształt ciemności
------------------------------
Fragment z Kalinowskiego przedłużyłam o zdania potwierdzające prawdę, która wraca do mnie jak bumerang, że przed samym sobą się nie ucieknie...