poniedziałek, 27 sierpnia 2007

In Italia si sta bene

Jutro wczesnym rankiem wyjeżdżam do Włoch. Co prawda dwa dni spędzę w autokarze, ale co mi tam... :-)
Wracam 15 września

niedziela, 26 sierpnia 2007

Zuzia

I bynajmniej nie chodzi o piosenkę Natalii Kukulskiej, ale o moją bratanicę. W końcu jestem prawdziwą ciocią!! Bo dzieciów w rodzinie jest dużo, ale wreszcie jest dzieć bratowy :-)



Zuzanna przyszła na świat 20 minut po północy 26.08. Ważyła 3,35 kg i miala 56 cm długości (szumnie mówiąc - wzrostu). A jak się upierała, żeby zostać w bezpiecznym świecie!!! W końcu jednak - metodą trochę siłową - kazano jej na świat przyjść :-) I od niemal doby jest z nami to maleństwo.

Oto kilka zdjęć zrobionych 12h po narodzinach:









piątek, 17 sierpnia 2007

Wspomnień czar

Od czasu do czasu zdarza mi się wyciągnąć album ze zdjęciami. Albo jeszcze lepiej - stare kalendarze. Bo nie prowadzę pamiętników (choć jego pewną formą jest ten blog), ale w kalendarzach jest wszystko co warto - i nie warto czasem - zapamiętać. Godziny spotkań i wydarzeń przywołuja na pamięć dawne obrazy, zapachy i smaki. Nawet po wielu, wielu latach będę w stanie sobie przypomnieć co czułam, co myślałam danego dnia, o danej godzinie.
Wczoraj jednak wyciągnęłam album, przyjrzałam się zdjęciom. Znalazłam wśród nich "perełki", które jak żadne inne odświeżyły mi pamięć, przypomniały czasy beztroski i bezpiecznego rozwoju. Przypomniały mi ludzi, którzy mieli (i mają) ogromny wpływ na to kim teraz jestem. Przypomniały mi historie z tymi fotografiami związane - ileż wtedy było śmiechu. Choć czasem i łeż, i zamyślenia, zmęczenia czy irytacji.










środa, 15 sierpnia 2007

Bóg, honor, ojczyzna

Mówię poważnie.
Bóg
Honor
Ojczyzna
15 sierpnia te trzy słowa nabierają dla mnie szczególnego wyrazu. Dziś bowiem łączą się w nierozerwalną całość. I jakże są wymowne w obecnej sytuacji politycznej!! Choć z Ojczyzną to chyba jednak najbardziej kojarzą mi się takie daty jak: 1 sierpnia (nie będę się wdawała w ocenę Powstania), 11 listopada...
Tak, jestem patriotką. Nawet jeśli pokochałam Włochy i chciałabym tam wrócić, to jestem polską patriotką. I daję temu wyraz. Chodzę na wybory, jakkolwiek wydaje się to być bez sensu. Może nie fanatycznie, ale wybieram polskie produkty w sklepach. Pracowałam w organizacjach społecznych. Będąc za granicą zachowuję się przyzwoicie (na szczęście, coraz częściej Polak jest kojarzony z pracowitością a nie z pijaństwem itd). Drobiazgi?? Owszem. Bo w patriotyzmie nie chodzi o to, by silić się na występy bohaterskie. Co nie znaczy, że umniejszam wagę dokonań polskich żołnieży np. w Iraku. Ja mówię o naszym dniu powszednim. Bo jeśli JA nie pójde na wybory, to nie mogę narzekać, że nic się nie zmienia, że rządzą ci, a nie inni. Bo jeśli JA nie kupię polskiego produktu, to nie mogę się dziwić, że polski przemysł pada. Bo jeśli JA nie będę dążyła do zgody w rodzinie, z sąsiadami, to nie mogę się dziwić, że o zgodę tak trudno na wysokich szczeblach władzy. Już nie mówię o tym, by politycy byli dla siebie słodcy jak miód i się niczym nie różnili. Chciałabym jednak żeby traktowali siebie po prostu z szacunkiem. Myślę jednak, że trudno taki szacunek osiągnąć bez perspektywy niebieskiej. Bez perspektywy nieba trudno wyściubić nos poza swoje własne interesy. Chyba właśnie dlatego nasi praojcowie umieścili na sztandarach hasło: Bóg, honor, ojczyzna.
I będę robić swoje. Nie po, by ktokolwiek mnie za to chwialił. Nie na pokaz. Ale dlatego, że te trzy słowa to dla mnie nie są tylko frazesy...

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

vivere alla giornata

Przed chwilą przejrzałam moje poprzednie wpisy. Zauważyłam, że poza mnóstwem literówek, jest kilka odwołań do Bridget Jones. Magda twierdzi, że daleko mi do niej, chociażby dlatego, że nie mam takiej nadwagi, nie palę i nie piję tyle co ona. A jednak jakieś podobieństwa można między nami zauwazyć. Przede wszytskim robienie planów na przyszłość. A właściwie postanowień. W moim przypadku byłoby to na ten przykład: schudnąć nieco (no co - kobietą jestem:-)), zrobić certyfkat z włoskiego, itd, itp...
Bridget Jones wzięła jednak sprawy zawodowe w swoje ręce (abstrahuję od tego jak sobie w tej nowej pracy radziła). Coś ze swoim życiem jednak zrobiła.
A ja żyję z dnia na dzień. I coraz mniej mi się to podoba, choć mam na to wpływ niewielki. Bo choroba, bo taki a nie inny rynek pracy, bo wykształcenie dyktowane sercem a nie rozumem... Może jednak tym razem... Ale na razie cicho sza :-) Nie dlatego, że nie chcę zapeszać - przesądna to ja nie jestem. Po prostu na razie nic nie wiem jeszcze konkretnego, trzeba najpierw z Przemkiem obgadać sprawę.

niedziela, 12 sierpnia 2007

po wakacjach

Wróciłam wczoraj z tych moich wakacji i z przerażeniem stwierdziałam, że nie wykorzystałam tego czasu na przemyślenie spraw ważnych. Inna rzecz, że moje "wakacje" trwają już od wielu miesięcy i bardzo chciałabym przestać żyć z dnia na dzień, ale to temat na inny post, a może nawet na walizkę...

Wróciłam z wakacji i okazuje się, że jest wiele spraw do rozwiązania:

  • praca we Wrocławiu - wracać czy nie??
  • znajomość z Carlem
  • orzeczenie o niepełnosprawności (i czy w ogóle mam na nie szansę)

To najważniejsze sprawy, z którymi wiąże się kilka pomniejszych, a ja nic nie wiem... A ponieważ tych spraw już dziś nie rozwiążę, to posłucham sobie deszczu i dalekich odgłosów burzy...

sobota, 11 sierpnia 2007

wakacje

Dziś wróciłam z wakacji na wsi... Nie było mnie dwa tygodnie, więc i wpisów zabrakło. Obiecuję jednak poprawę :-)

wtorek, 24 lipca 2007

chbch?? niemożliwe

Nie, to niemożliwe, żeby dopadło mnie chbch. Zdecydowanie nie chcę związywać się z nikim. Daleka jestem od marzeń o byciu mężatką albo w luźnym związku. To nie dla mnie. a na pewno nie teraz. Jednakże moje ostatnie sny i książka... Wiedziałam, że nie lubię Sophie Kinsella'i. Lucy Maud Montgomery dla dorosłych!! I to w znacznie gorszym stylu.
Tak, czy inaczej troszkę mnie wziął naiwny romantyzm i dopadły mnie marzenia godne nastolatki. Zwłaszcza, że generalnie potrzebuję teraz gestów przyjaźni, akceptacji. Potrzebuję swego rodzaju czułości czy bliskości. Taki czas.

niedziela, 22 lipca 2007

i sogni miei

Lubię moje sny. Zwłaszcza ostatnio, kiedy stają się dłuższe i układają się w historie (wynika to z fizjologii snu - im krótsze przerwy między fazami snu właściwego, tym większa szansa na długą opowieść).
Lubię moje sny ponieważ stały się mniej odrealnione.Tak naprawdę podobne historie mogłyby się wydarzyć tu i teraz. Dziś na przykład śniło mi się, że odwiedziłam Ewę. Przy okazji jakiejś wycieczki czy innej imprezy jaką miałam przyjemność organizować. Przyjemność ponieważ miałam okazję poznać członków zespołów Lady Pank i Myslovitz - tylko jakoś tak nie byli podobni do siebie z rzeczywistości :-). A co śmieszniejsze, to oni dbali o to, żeby być ze mną w dobrych kontaktach - sama nie wiem jaką ja tam fuchę miałam, ale to była ważna sprawa. Po całej tej imprezie pojechałam na kilka dni do Ewy. A za mną jeden z członków zespołu. Okazało się, że się zakochał. Jakże uroczo swe uczucia mi okazywał... Jakby tak miało być w świecie realnym, to ja może zmienię zdanie co do bycia w związku, hehe. Niefajnie było to, że miałam w tym śnie trzy ataki.
Ciekawe co na to Freud?? :-)

piątek, 20 lipca 2007

I nie wódź się na pokuszenie

Tutuł tego postu to jednocześnie psychologicznego dodatku do "Polityki" z 21 lipca. Polecam w całości ten dodatek, ale chciałabym zwrócić szczególną uwage na dwa artykuły. Pierwszy z nich, to rozmowa z Lubą Szawdyn, która uświadamia, iż uzależnienie jest zaburzeniem (a nie chorobą czy dewiacją) i dotyczy całego człowieka. Nota bene - już nie tylko teolodzy mówią, przynajmniej w tym kontekście, o integralnym obrazie człowieka. Dlatego człowieka uzależnionego należy leczyć całościowo - zazwyczaj uzależnienia występuja grupowo.
Drugi artykuł, który mnie bardzo zainteresował dotyczy nudy (a nie przypuszczałam, że nuda może być nałogiem!!). Po jego przeczytaniu już się tak nie obwiniam, że od pewnego czasu zdarza mi się nudzić. Najważniejsze zdanie dla mnie to: "Ryzyko nudy wzrasta zawsze, gdy sposób spożytkowania twego czasu wolnego będzie odbiegał od Twych preferencji i potrzeb". A trudno ukryć, że wolnego czasu od kilku miesięcy mam w nadmiarze (zresztą, zasada ta nie odnosi się tylko do czasu wolnego: w pracy też można się nudzić jeśli nie stymuluje nas odpowiednio). Mam pomysł na spożytkowanie tego czasu, ale... Nie szukam usprawiedliwień, jednakowoż na realizację niektórych moich pasji potrzebne są pieniądze. Relatywnie niewielkie, ale jednak. Poza tym przez wiele tygodni samodzielne wychodzenie było niemożliwe. Inna rzecz, że nie rpzepadam za samotnymi spacerami nie przepadam. Przemieszczenie się z punktu A do punktu B - tak, spacer - nie. I wcale nie mam ochoty zadaniowo walczyć z nudą, ale chciałabym robić kilka rzeczy (rzecz jasna poza pracą zawodową jeśli do niej wrócę, a w której chciałabym chociaż częściowo się realizować), by właściwie spożytkować czas i energię. Przede wszystkim kurs włoskiego zakończony egzaminem. Gdyby się udało zrobić jeszcze kurs angielskiego, byłoby naprawdę rewelacyjnie. Jakieś kino, teatr czy koncert chociaż raz w miesiącu. Jeszcze niedawno mówiłabym o pracy społecznej, ale do tego rodzaju działalności mam jeszcze uraz - może kiedyś mi rpzejdzie.Przydałaby się jakaś aktywność fizyczna, ale może nie wszystko na raz. Po miesiącach nieróbstwa - niekoniecznie zawinionego - tak od razu do formy z lat studenckich nie wrócę. Zwłaszcza, że i lata nie te, choć stara to ja jeszcze nie jestem :-)
Chciałabym jeszcze w życiu niejedno zrobić... Warto robić plany niczym Bridget Jones?? :-)